wtorek, 2 maja 2017

Chłopiec do bicia

Rozdział szesnasty
Chłopiec do bicia


Przez te dwa lata Michael próbował odbudować zaufanie swojej żony i zapomnieć o zdradzieckim zapachu włosów Frances, co udawało mu się sukcesywnie. Starał się też uczestniczyć aktywnie w początkowym rozwoju Louisa. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak trudnym zajęciem jest opieka nad dzieckiem. Otisem zajmował się tylko chwilę, dość nieudolnie – potem zbyt bardzo był zajęty ratowaniem swojego zespołu, kłótniami z żoną i chwilowymi, ale burzliwymi romansami. Bardzo żałował, iż nie słyszał pierwszych słów swojego dziecka, ani, że nie widział jego małych, koślawych kroczków. Teraz nie chciał popełnić tego błędu.
Brada zaś jeszcze bardziej zajęły sprawy domowe. Wpadł w rutynę, ale była to rutyna, o jakiej zawsze marzył. Wstawał rano, witał się z żoną, szykował śniadanie dla córek, a potem odwoził je do szkół. Następnie zajeżdżał do swojego sklepu z płytami i strofował pracowników. Wracał do domu po południu, a po kolacji pomagał dzieciom w pracach domowych. W soboty i niedziele zawsze znajdywał czas, aby spędzić wspaniałe chwile ze swoimi najbliższymi. Wyjmował wtedy z pokrowca gitarę, ścierał z niej cienką warstwę kurzu i grał to, czego nauczył się wieki temu. Często wpadał też do Mike'a, będąc w roli najlepszego przyjaciela.
O Robercie nikt nie słyszał. Zniknął, zapadł się pod ziemię, jakby nigdy nie istniał. Nie kontaktował się z nikim. Od kiedy pojął, że Marilyn Jean Markley jest największą pomyłką jego życia, a ich związek miał w sobie więcej toksyn niż dym z fabryk na obrzeżach Los Angeles, postanowił wymienić swoje życie na nowe.
Na początku wyprowadził się z rodzinnego miasta od razu po kłótni z Marylin. Nic go już
wtedy nie trzymało: rozpad zespołu był tylko kwestią czasu. Wsiadł do samochodu, rzucając obok siebie laptop i telefon – dwa sprzęty, które później roztrzaskał o kamieniste zbocze klifu, czując, że wreszcie odciął się od wszystkiego. Zaszył się w małej rybnej mieścinie przy oceanie spokojnym, aby móc oddać się swoim innym, dwóm wielkim pasjom: serfowaniu i oglądaniu MTV. Oglądanie telewizji jednak szybko mu się znudziło – często pojawiał się tam ze swoim zespołem, czego miał dosyć, a i Britney Spears, na którą lubił tylko i wyłącznie patrzeć, pokazywano coraz mniej.
Niedługo miał zamiar powrócić na chwilę do Los Angeles, będąc jak najbardziej niezauważalny. Wkroczyć do swojego miasta, z głową pełną świetlistej przyszłości w Barcelonie. Jego plany jednak się nie ziszczą, ale póki co Robert o tym nie wiedział.
Z Chesterem los nie obszedł się tak delikatnie. Nie miał tyle szczęścia, co jego koledzy z kapeli. Gdy rozpadł się zespół, był niewzruszony. Gdy zostawiła go żona, wydawało mu się, że pozbył się ciężaru. Gdy opuściła go Marylin, wtedy dopiero mógł czuć się zdruzgotany i wykorzystany.

2008 rok.

– Wiedziałem, że tutaj przyjedziesz, miałem przeczucie.
– To było oczywiste, co nie?
– Zważywszy na te wszystkie nagłówki gazet, tak. A więc jak się czujesz?
Chester ścisnął ucho od czerwonego kubka z zimną herbatą. Rozsiadł się wygodniej, trochę bezczelnie na wiklinowym krześle. Chciał wyciągnąć nogi, ale zaniechał tego pomysły. Balkon nie był aż tak szeroki; ograniczała go biała barierka. Popołudniowe, arizonowe, palące i bardzo jasne słońce świeciło im prosto w twarz.
– A jak myślisz? Ty powinieneś wiedzieć najlepiej. Chyba przywykłem do tego, że jestem sam. Zawsze byłem sam... – Przygryzł na chwilę wargę. Wziął łyk herbaty, po czym dokończył: – No, ale teraz pojawiło się dziecko.

Po rozprawie rozwodowej trwającej piętnaście minut, Chester wyszedł z sali sądowej i szarpnął za niebieski krawat. Oparł się o ścianę, nic go już z nikim nie łączyło. Niedbale włożył rękę do kieszeni, czuł chłód bijący od cegieł. Oddychał spokojnie.
Z pomieszczenia wyszła Samantha – była jak zbliżające się tsunami. Nie owijała w bawełnę, nie przywitała się nawet, a tylko oznajmiła beznamiętnie:
– Będziesz ojcem.
Chester wyprostował się gwałtownie, podniósł go góry brew w niedowierzaniu. Spojrzał na jej zaczerwienione policzki. Ciemne oczy podkreślone czarną i oleistą kredką wpatrywały się w niego w oczekiwaniu. Nie odpowiedział, korytarz powoli opustoszał, ktoś zatrzasnął drzwi.
– Aha, rozumiem – powiedziała i wyprostowała się – przecież czego innego mogłabym się spodziewać...
Chester poczuł się nagle przytłoczony. Do autobusu jego życia miał wsiąść nowy pasażer i zostać w nim na sam koniec trasy, a on musiał wybrać, czy akurat ten przystanek będzie czynny dla wszystkich, czy może nagle zmieni trasę i zarządzi objazd. Aktualnie Chester chciał nacisnąć stop i wysiąść na żądanie.
Kobieta odwróciła się, chcąc odejść.
Zaczekaj... – powiedział szybko Chester. Przystanęła. Wpatrywał się w jej plecy – Chcę uczestniczyć w jego życiu.

Chester podniósł do góry swoje ciemnobrązowe oczy, aby napotkać takie same, mające ten sam odcień, obwódki, oraz małe wyburzające wulkany, buzujące wiry i promienie kierujące się w głąb ciemnej źrenicy.
To niesamowite, jaka nadzwyczajna więź może być między bliźniakami. Dokonują podobnych wyborów, mają te same talenty, podobają im się podobne do siebie dziewczyny. A co najważniejsze: rozumieją się bez słów i na odległość.
Charlie wyczuwał zdenerwowanie brata. Sytuacja w której się znajdował nie była codzienna. Siłą powstrzymywał się od kompulsywnych drgnięć prawej strony wargi.
Z głębi domu, Chestera dobiegały odgłosy rozmów jego bratanków i bratanek. Charlie miał adoptowaną parę dzieci, jednego syna z poprzedniego małżeństwa i kolejnego z drugą, piękną żoną, a także dwie bliźniaczki, które jeszcze nic nie rozumiejąc gaworzyły w kołyskach.
Czasami Chester myślał, że to wszystko powinno należeć do niego. Że ktoś na górze zrobił mu okropny żart dzieląc jego duszę na dwie cześć i oblekając ją osobnymi ciałami. Powinien być i dobry i zły; mieć szczęście i nieszczęście. On zawsze był tym gorszym – oddalił się od Boga, za dużo przeklinał, szlajał się po podejrzanych miejscach i pałał zamiłowaniem do tatuaży. To Charlie był wzorowym uczniem, więcej zdobył stopni jako skaut, ukochanym dzieckiem i przykładnym protestantem. Niesprawiedliwe było to, że z góry założono, iż Chester Charles Bennington nie mógłby pomieścić w sobie tylu sprzeczności. Jemu widocznie rozdały się najgorsze karty w kasynie życia. Charlie miał asy, on tylko pluty.
Jak czuje się Sam? – zapytał brat.
Chester zacisnął powieki i odchylił głowę do tyłu.
– Chyba dobrze – mruknął i wzruszył ramionami – Nie mogę tego pojąć, naprawdę nie mogę tego pojąć. Będę ojcem, cholera jasna, będę ojcem. – Otworzył gwałtownie oczy.
Niebo było bezchmurne.

Dwudziesty piąty lutego 2010 roku.

Od kiedy Anthony wyprowadził się z rodzinnego miasta, jego istnienie stało się światu doskonale obojętne. Żadnych telefonów od ojca, brak pretensji od matki. W otulającej go ciszy czasami tęsknił za przeszłością, bo zdawał sobie z tego sprawę, że tylko ją utracił bezpowrotnie. Wspominał też swoje dzieciństwo, zdarty film, prywatny mit pamięci. I za nim też ciągła się nostalgia, chociaż było ono bardziej pasmem udręk niż wiekiem niewinności. Z tego powodu Barrow nie był do końca pewny, czy zaistniało. Mając trzydzieści pięć lat dostał marmurkowy list wypełniony po krańce pochyłym pismem jego matki. Los tym sposobem postanowił postawić wielki, czarny, atramentowy iks na jego dziecięcych latach, które jednak były.
Anthony'ego dopadło niewyobrażalne zdenerwowanie. Roztaczało się w jego wnętrzu zimnym niepokojem, tłukło po tkankach jak wypuszczony groch z opakowania. Laura nic nie mogła na to poradzić. Nie dział aksamit jej głosu uchodzący ciepłą parą, nie pomagał prąd dotyku. Nawet herbata z uspokajającymi zielonymi listkami wychodziła ze swojej roli.
– Nie jestem przygotowany na to, żeby oni tutaj przyjeżdżali – wyznał Anthony zapinając koszulę– to zbyt szybko.
– Minęło parę lat. – odparła Laura szukając kolczyków.
– To nie zmienia faktu, że nie chcę ich widzieć.
Błyskotki grzechotały w szkatułce.
– Będzie dobrze.
– Czy jeżeli powiem, że nic mnie już z nimi nie łączy, okażę się wyrodnym synem?
– Tak, raczej tak.
– To w takim razie muszę udawać, że nadal ich kocham... Ale czy mi się nie należy zranienie ich chociaż raz?
Tamtego dnia dwa światy stopiły się w jedno, sprzężone mroźnym powietrzem. Laura pokonując wysokie zaspy przemoczyła buty do rajstop i płaszcz do kolan. Coś zaczynało kręcić ją w nosie, gdy przemierzała ostatnie fragmenty drogi z nadzieją, że ogrzeje się w ciepłym domu.
Zamknęła furtkę zauważając, że skrzynka na listy była przekrzywiona. Poprawiła ją i domknęła, by padający śnieg nie wleciał do środka. Nie zdziwiły ją otwarte na oścież drzwi wejściowe. Wiedziała, że Anthony jest w domu, grafik jego dyżurów znała na wylot, a tylko czwartek był tym dniem, w którym to on wcześniej pojawiał się w mieszkaniu. Pomyślała, w pierwszej chwili, że mężczyzna mógł wypakowywać zakupy z bagażnika i przenosić je do kuchni, albo wietrzyć mieszkanie z oparów spalonej w piekarniku pieczeni.
Cień niepokoju spoczął na niej dopiero w momencie, w którym przekroczyła próg zaziębionego domu. Mała, sypka górka śniegu powstała na dywanie, rozwiała się pod wpływem wiatru, który dął coraz silniej. W pośpiechu pokonała przedpokój, zajrzała do kuchni, w końcu do salonu. Buty jej zaciążyły, jakby woda w nich momentalnie zamarzła. Nie mogła postawić kolejnego kroku.
Wiatr podrygiwał dokumenty pełzające po jasnych panelach, poganiał je do szybszego poruszania się, zaganiał pod szafki. Bordowe zasłonki wydymały się jak żagle. Szafka, na której kiedyś stały różne buble, świeciła pustką – wszystko leżało na podłodze, zmiecione w furii. Kawałki wazonu świeciły z przewróconego fotela; kwiatki, jak talia kart, rozłożyły się na stoliku.
Na poprzek popchniętej kanapie siedział Anthony. W prawej ręce ściskał jakąś kartkę, zaś z drugiej, zaciśniętej dłoni, ciekła mała stróżka krwi, jak koralowy sznur.
Laura zakryła ręką usta. Wtedy mężczyzna podniósł głowę. Spojrzał na nią obco. Powiedział beznamiętnie, powoli:
– Daj mi chwilę, zaraz to posprzątam.
W jakiś sposób to zmusiło Laurę do ruchu.
Pozamykała drzwi, podkręciła kaloryfer. Z szafy wyjęła najgrubszy koc jaki był w domu i okryła nim mężczyznę, który dygotał z zimna. Miał na sobie tylko cienką koszulkę. Usiadła obok niego na kanapie i zaczęła opatrywać mu rękę. W głowie kłębiły jej się miliony pytań, ale czekała aż sam zacznie mówić.
Polała ranę wodą utlenioną. Syknął.
– Trzeba będzie szyć?
– Nie wiem, to ty tutaj jesteś lekarzem.
– Naprawdę nigdy nie chciałem nim być...
Spojrzała na niego, on tylko zacisnął usta w cienką kreskę. Dokończyła zawijać bandażem rękę. Anthony podał jej zgniecioną kulkę z papieru. Rozprostowała kartkę i zaczęła czytać.
– Wiesz, tutaj nawet nie chodzi o to, że chcą tu przyjechać... – zaczął gdy skończyła – Nie o to się tak zdenerwowałem, nie dlatego byłem w stanie roznieść ten dom w drobny pył. Chodzi mi przede wszystkim o to, że ja już ułożyłem sobie życie. Wreszcie znalazłem swoje miejsce na tym świecie, gdzie pasuję. – całą ręką przetarł twarz, jakby chciał ją obmyć – To tutaj zdałem sobie sprawę tak naprawdę jak bardzo ich nienawidzę, za zniszczone dzieciństwo, za życie pod nich. Tutaj jestem od nich niezależny... – zacisnął palce po obydwu stronach nosa i zaczął mówić dalej, tłumaczącym się tonem. – Ojciec potrafił mnie bić tak, że nie zostawiał śladów. Zazdrościłem kolegom w szkole, że u nich czasami coś było widać. Wzbudzali tym litość, nade mną nikt się nie litował. Pręgi automatycznie pojawiały się u mnie na psychice. Teraz jest ich tam za wiele. Ojciec biciem chciał mnie wychować na porządnego człowieka. I może trochę mu się to udało, kończyłem szkoły z dobrymi ocenami. Późnej przelał we mnie rodzinne tradycje. Jeden z najlepszych dyplomów na uniwersytecie medycznym, wyobrażasz sobie? – parsknął. – Najgorsze jest to, że przez ten cały czas powtarzałem sobie, że nie chcę być taki jak on... A jestem. Nawet zęby myję jak on, porządnie, do krwi...
– Nigdy mi o tym nie wspominałeś – szepnęła.
– W końcu dostałem w spadku ten dom i mogłem się wreszcie wyrwać, odciąć się od nich. Zabolało to ich, jestem tego pewien... Relacje z ludźmi też budowałem pod rodziców. Grace była moim osobistym buntem, ale na niej się przejechałem... To, że robiłem te uniki względem ciebie, Lauro, też nie było do końca moim osobistym wyborem. Ciągle bałem się czy cię zaakceptują, w końcu uznałem, że tutaj ich nie ma, ale teraz oni chcą się tu dostać. Zburzyć to wszystko. Nie chcę tego.
– Nic nie zburzą... Wydaje mi się, że te fundamenty są za mocne... – Przybliżyła swoje czoło do jego i pogłaskała go po policzku – może to ostatni zakręt. Potem już tylko prosta.
Anthony zawsze myślał, że jeżeli komuś opowie o swoim dzieciństwie, to wszystko z niego ujdzie, tak przecież zawsze bywało w książkach, w tym świecie, do którego uciekał. Nie poczuł jednak ulgi, a kiwnął tylko wątpliwie głową.


Laura już kiedyś znajdywała się w takiej sytuacji. Miała wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat. To rodzice Wakefelda się uparli, by ją poznać. Byli mili, sympatyczni, i ona uśmiechała się do nich tak samo promieniście, pomimo tego, że Mark pod stołem próbował dobrać się do jej majtek. Dzisiejsze spotkanie z rodzicami Barrowa przypominało jej trochę zaciśniętą w żelazny uścisk dłoń Wakefielda na jej udzie.
Siedzieli przy świątecznie zastawionym stole. Z indyka unosiła się para, Bordowa serwetka znów odgięła się i opadła na biały obrus. Kilka kurtuazyjnych uśmiechów, perłowe kolczyki matki Anthony'ego zadygotały. Naszyjnik od kompletu uniósł się na jej obojczykach, kiedy kobieta uśmiechnęła się trochę wymuszenie. Jej mąż siedział obok posępny.
Beatrice i Thomas Barrowowie, największa bolączka ich dziecka.
Dźwięk przeżuwania jedzenia i krojenia posiłku był o tyle znośny o ile nie trzeba było angażować się w większą rozmowę. Laurze zdawało się, że cokolwiek by nie powiedziała, odpowiedź nie brzmiałaby tak, jakby oczekiwali tego rodzice mężczyzny. Po jakimś czasie przestała w ogóle się odzywać, by nie zrobić z siebie kretynki. Najbardziej przeszkadzał jej ten rejestrujący każdy jej gest wzrok Beatrice.
Anthony trzymał się dobrze. Nie bolały go uszczypliwości matki na temat tego, Thomas mając tyle lat co on dokonał więcej. Nie interesowało go, że powinien już dać rodzicom wnuki. Laura jako obserwator z boku mogła stwierdzić, że za każdą uszczypliwością Anthony odpowiadał bardziej sarkastycznie oraz cynicznie. Beatrice akceptowała takie odpowiedzi, bo wiedziała, że jej syn był taki od zawsze; ojciec nie mógł tego znieść w sobie, bo miał wrażenie, że obserwuje siebie.
Anthony zmierzał się z Bogiem Ojcem za każdym razem gdy na szpitalnym stole umierał mu pacjent. Bóg miał różne oblicza: karzące, uczące, posępne i wszechwiedzące, władcze i niedostępne, nieporuszone, niewidzialne, zakazujące, nakazujące. Był stwórcą i niszczycielem. Mężczyzna potrafił go pojąć, a pomimo tego nie mógł zrozumieć swojego własnego ojca, jaki w swoim zachowaniu miał takie same motywy. Nie mógł też na niego patrzeć – niegdyś bardziej z wyglądu przypominający matkę, dzisiaj idący w ślad Thomasa.
Obiad, chociaż smaczny, stawał kołkiem w gardle. Prawie doszło do kłótni między Barrowem a jego matką. Ojciec wtrącał coś pół słówkami, a Laura czuła się nie potrzebna. Każde jej próby złagodzenia sytuacji kończyły się wrogim i zimnym spojrzeniem kobiety. Raczej jej nie polubiła, a nawet mogła stwierdzić, że coś jej nie pasowało w tym, jak Jones posługiwała się sztućcami.
Po półtorej godziny cyniczności Anthony'ego, jego rodzice postanowili wrócić do Kaliforini, o wiele cieplejszej i przyjaźniejszej, kłamiąc, że oczywiście jeszcze kiedyś przyjadą w odwiedziny. Tak naprawdę wiedzieli, że ich syn już nie należy do nich. Anthony też to pojmował i bolało go to gdzieś w sercu, ale tylko kuło w małym fragmencie, prawie nie zauważalnie, aż w końcu po czasie zniknęło.
Od tamtej pory stał się dla świata znowu doskonale obojętny.

Trzynasty maja 2010 roku.

Zakręciło się Laurze w głowie. Oparła się o różowe płytki łazienkowe, przyjemnie chłodne, by nie stracić równowagi. Zakryła sobie ręką usta, żeby zbyt głośno nie pisnąć. Albo krzyknąć. W pierwszej chwili zrobiłaby to z radości, bo oto test ciążowy jaki trzymała w ręku pokazał wynik pozytywny. Chciała mieć dziecko, naprawdę już od dawna tego pragnęła.
Coś musiało pójść nie tak. Jakieś zabezpieczenie nie podziałało. Tak, to na pewno jej wina, przypomniała sobie, że dzień wcześniej nie wzięła tabletki. A Tony tak bardzo nalegał... Zaryzykowali.
Ale to nie ważne. Naprawdę, to mało ważne. To najmniejszy problem. Będzie miała d z i e c k o.
Musi o tym jak najszybciej powiedzieć Anthony'emu. Nie wytrzyma do jego powrotu z pracy, chyba zadzwoni do niego w przerwie na lunch.
Właśnie, Anthony...
Laura momentalnie pobladła. O ile wcześniej jej policzki miały kolor kafelków, w tym momencie stały się kredowo białe.
Jak znając jego przeszłość, miała mu powiedzieć, że zostanie ojcem?
On tak bardzo się tego bał, jak niczego innego...





Chyba powracam, czuję mrowienie w palcach, dostosowuję rozłożenie rąk do klawiatury. Miłość do pisania we mnie ponownie została tchnięta. Mam nadzieję, że to nie zauroczenie, a prawdziwe uczucie. W przeciwnym razie, nie zakończę tego opowiadania.
Trudno mi było przebrnąć przez ten aspekt w tym opowiadaniu, ale wreszcie się udało. Teraz już będzie z górki. Rozdział pisany trochę na rozgrzewkę.
Doszły do mnie słuchy, że na naszej blogosferze wieje pustkami. To przykre.



czwartek, 28 lipca 2016

How we end up here? |część trzecia

Delnoda
How we end up here? |część trzecia.

Gra
Życie można zrozumieć patrzeć nań tylko wstecz.
Żyć jednak trzeba naprzód.
S. A. Kierkegaard

Rok 2001

Pewnego chłodnego, niedzielnego wieczoru postanowiłem nauczyć się żonglować. Miałem wtedy dziesięć, może jedenaście lat. Stałem w kuchni i próbowałem podrzucać do góry na przemian pomarańcze. Niestety owoce co jakiś czas spadały na ziemię, a te najbardziej dojrzałe pod wpływem siły grawitacji na nie oddziaływającej rozgniatały się. W którymś z takich momentów weszła do pomieszczenia moja starsza siostra. Płakała. W tamtym okresie swojego życia często to robiła – była nastolatką, która czasami nie potrafiła poradzić sobie ze swoimi emocjami. Podeszła do lodówki, wyciągnęła karton mleka po czym zamknęła drzwiczki. Jej oczom ukazałem się ja, w piżamie, mającego u stóp rozgniecione pomarańcze. Spojrzała na nie i zaciskając szczęki, pobiegła do swojego pokoju.
Wtedy jeszcze nic nie rozumiałem. Zrumienienie przyszło po paru latach. Moja siostra porównała ten pomarańcze do uczuć. Gdy są w górze, wyglądają pięknie i apetycznie, potem lądując na ręce, stają się zbyt ciężkie, a gdy jest ich więcej, po prostu spadają na podłogę. Rozgniecione, mokre, nie nadające się do użytku po raz kolejny.
Teraz wiedziałem, że to, co zrobiłem z Meryem było tym samym. Żonglowałem jej uczuciami, a potem je porzuciłem. Sprawiałem, że były niezdatne do spożycia, nie mogące wrócić do swojej poprzedniej formy. Teraz jedynie mogłem zrobić z nich sok.
Po umówieniu się z Walsh na spotkanie, nie potrafiłem skupić się na wykładach. Wracałem wspomnieniami do naszych wspólnych chwil. Denerwowałem się, niczego nie przełknąłem na śniadaniu w bufecie, a nawet nie śmiałem się z żartów znajomych. Nie wiedziałem czego miałem się spodziewać.
Do mieszkania wracałem na ugiętych nogach. Bałem się konfrontacji. Bałem się cofnąć w przeszłość, rozgrzebywać stare rany. Bałem się znów coś poczuć.
Dziewczyna przyszła parę chwil po tym jak zdenerwowany zaparzyłem sobie herbatę, aby czymś się zająć. Spojrzałem na nią przez wizjer, wylałem parujący napój do zlewu, zastanawiając się, gorączkowo myśląc. Nie było już odwrotu. Musiałem stawić czoła przeszłości, aby moja przyszłość była klarowniejsza.
Wytarłem spocone ręce o spodnie, otworzyłem drzwi, a ona uśmiechnęła się. Wyglądała bardzo ładnie w sukience z niebieskim dołem wyglądającym tak, jakby ktoś umoczył go w wielkim kuble farby. Oczy jej błyszczały, włosy związała w ciasny warkocz leżący na jej ramieniu. Serce we mnie zadrżało. Przywitaliśmy się niepewnie, podałem jej ramię, chwyciła za nie i jak kiedyś, wybraliśmy się na spacer.
~*~

– Pamiętasz tamto wzgórze, na które zawsze chodziliśmy po szkole? – zapytała wesoło i kiwnęła głową w stronę kęp trawy.
– Mieliśmy może po dwanaście lat – zaśmiałem się na samo wspomnienie.
Dziewczyna zaczęła wspominać nasze dziecięce przygody. Zazwyczaj się śmiałem, choć czasami łapała mnie nostalgia. Dzięki niej miałem wspaniałe dzieciństwo. W którymś momencie zamyśliłem się. Było mi tak wstyd, a spokój i radość jaka emanowała od Meryem sprawiała, że czułem się jeszcze gorzej. Lepiej byłoby, jakby wszystko wykrzyczała mi w twarz. Jej przyjazne nastawienie sprawiało, że, oczywiście, uspokoiłem się, ale też nabawiło mnie większych wyrzutów sumienia.
Baranku, słuchasz mnie? – zapytała, kiedy usiedliśmy na zboczu góry. Kiedyś rosła tutaj trawa, dzisiaj wszędzie było mnóstwo piasku.
Na niebie wolno sunęły postrzępione chmury.
Mhm – mruknąłem, odwracając wzrok od jej twarzy.
Bolało mnie serce. Nie jestem pewny, czy dlatego, że potraktowałam ją jak ostatnią szmatę, czy dlatego, że Meryem zdawała się ruszyć dalej. Sprawiała wrażenie, jakby to, co się kiedyś wydarzyło nie dotyczyło jej.
Co w takim razie powiedziałam? – rzuciła we mnie pytaniem, lekko zirytowana.
Coś o pozycji firmy kremów do depilacji na giełdzie? – rzuciłem pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy.
Ruda wybuchła śmiechem i położyła mi głowę na ramieniu; poczułem się na początku niekomfortowo, nieprzywykły do takich aktów czułości, ale chwilę później otoczyłem ją ramieniem, czując, jak bardzo brakowało mi jej przez te wszystkie lata.
Nie, głuptasie – zaśmiała się. Jej śmiech był kolejną rzeczą, która się w niej nie zmieniła. Ten dźwięk był miły dla moich uszu – Chciałam wiedzieć jak radzisz sobie z Michaelem.
Och – mruknąłem, tracąc znowu koncentrację. – Bywało gorzej. Kiedy się go ignoruje, bywa całkiem znośny.
Widzę, że całkiem szybko odkryłeś główny sposób na niego.
Dziewczyna odsunęła się ode mnie i spojrzała na panoramę miasta, która rozciągała się przed nami. Spojrzałem wtedy na nią. Może to banalne, ale wyglądała pięknie, lirycznie.
Meryem, uważaj na niego – wypaliłem. Popatrzyła na mnie z zainteresowaniem. Zawsze wypowiadałem te słowa w stosunku do kolesi, z którymi akurat się spotykała. Nasze spojrzenia się spotkały, uciekłem wzrokiem, a ona uniosła brwi pytająco. Po prostu… – zacząłem, ale przerwałem, dobierając właściwe słowa. – To jest ten typ człowieka, który jednego dnia ma w łóżku jedną pannę, a następnego inna robi mu śniadanie.
Co ty nie powiesz – parsknęła śmiechem, zakrywając usta dłonią. Także się zaśmiałem, od razu załapując, o co jej chodzi. Taka była nasza natura, rozumieliśmy się bez słów. Dobrze było wiedzieć, że niektóre rzeczy się nie zmieniły. Och – zaczęła się głośniej śmiać, a ja dołączyłem do niej. To wcale nie było nieodpowiednie, uczucie zażenowania znikło tak samo szybko, jak się pojawiło.
Mogę cię o coś spytać?
Mów.
Gdzie się poznaliście?
Na koncercie.
Na koncercie? – uniosłem brwi.
Uhm – pokiwała głową. – Mike ma swój zespół. Nie wspominał ci?
Wiesz, my ze sobą nie rozmawiamy.
Spojrzała na mnie rozbawiona.
Okey, rozumiem... – wybuchnęła kolejną falą śmiechu,
Zamarłem. Naprawdę, zamarłem. Przeraziłem się.
Ale to nie tak...
– Oj, przecież wiem!
Zaśmiałem się i ja. Ale bardziej ze swojego przerażenia niż z rozbawienia.
Powiadasz, że spotkaliście się na koncercie?
Tak. Grał wtedy w klubie, w tym samym, w którym my kiedyś... no wiesz. Poszłam tam przez przypadek, nie myśl sobie. Chciałam odreagować. I pojawił się on. Ma wielką radochę z grania, ale nie wróżę mu wielkiej kariery.
Dobrze cię traktuje? – wyskoczyłem z kolejnym niewygodnym pytaniem.
Brad, sam wiesz jak to wygląda. Ściany w tej kawalarce nie są aż takie grube... Jestem przy nim szczęśliwa. – spojrzała mi w oczy. Tak, jak kiedyś. Głęboko, przenikliwie – Tym razem nie kłamię.
Pokiwałem głową.
Nie jestem pewny, o czym rozmawialiśmy przez następną godzinę, ani kiedy odprowadzałem ją do domu, lecz wiedziałam jedno: odzyskałam kogoś ważnego w moim życiu, a to był kolejny krok do odzyskania normalności.

~*~

Od tamtego momentu minęło pół roku. Meryem pojawiła się w moim życiu coraz częściej. Wracaliśmy jednym autobusem – ja z uczelni, ona z pracy. Spotykaliśmy się w wolnych chwilach, a nawet, gdy przychodziła do Michaela, zawsze potrafiliśmy znaleźć chwilkę na zaktualizowanie newsów ze swojego życia. Parę razy natrafiliśmy na siebie na wszelkiego rodzaju imprezach – obracaliśmy się w podobnym kręgu znajomych – a po paru drinkach stawaliśmy się nostalgiczni. Kilka razy nawet, pod wpływem alkoholu, całowaliśmy się. Dobrze wiedzieliśmy, że to nic wielkiego, ona była nadal dziewczyną mojego współlokatora, a moje serce należało do kogoś innego. Tak w każdym razie sądziłem. Walsh stała się częścią mojej egzystencji, cieszyłem się z tego.
Zawsze jednak coś musiało nie pasować w mojej układance życia. Czasami wydawało mi się, że Mike po tych ostro zakrapianych imprezach coś podejrzewał. Wyczytywał to z mojego spojrzenia. Zazwyczaj nic sobie z tego nie robiłem, cieszyłem się nawet, że dodaję mu kolejnego powodu do zmartwień. Wszystko jednak nabrało znaczenia z perspektywy czasu. Tak jak z pomarańczami.
Relacje z nim były w jakiś sposób napięte, po prostu nie potrafiliśmy nadawać na wspólnych falach, nawet rozmawiając o prozaicznych sprawach. Nasze osobowości odpychały się. Czasami jednak jakaś nic porozumienia powoli plotła się między nami. Mogliśmy to zauważyć szczególnie w tych momentach, kiedy jedno wspomnienie przybierało na sile, a wino nadawało pełniejszej barwy krwi pulsującej głośno w żyłach.
Później powstało ich więcej. Tylko w taki sposób mogliśmy się dogadać, co nam odpowiadało. Wreszcie złapaliśmy wspólny język, a nasze niezgodne charaktery idealnie uzupełniały się.

Delson nie był zaskoczony niemożliwością odwrotu. Za sobą miał zimną, chropowatą ścianę; przed sobą – Michaela. Wszystko, co działo się przed ostatnie miesiące, gdy mieszkał w tym zaplutym mieszkaniu przy Stocker Street, prowadziło tylko do tej namiętnej konfrontacji. Każde słowo, szept, krzyk, podtekst. Brad przełknął ślinę, zrobił krok w tył, próbując zyskać na czasie i przewołać do siebie swoje własne jestestwo z czasów, kiedy był gówniarzem skaczącym z kwiatka na kwiatek. Próbował sobie przypomnieć, jak to się robi, aby nie zrobić z siebie kompletnego kretyna. Przez ostatnie lata zmądrzał, powściągnął swoje żądze, zmienił się. Czego nie można było powiedzieć o Shinodzie
Robiąc krok, Brad natrafił na ścianę, zdając sobie sprawę z tej niemal klaustrofobicznej przestrzeni. Przypomniał sobie wzór na obliczenie powierzchni oraz objętości, a potem na miłość. Radość plus Żądza razy Ilość Spędzonych Nocy, podzielić na Zazdrość. Nie potrafił się skupić, wynik nie był jasny.
Mike patrzył na niego, trochę rozbawiony. Właśnie wyszedł z łazienki; spotkali się w tym wąskim, paru metrowym korytarzyku. Pachniał świeżo i apetycznie. Dziwne skojarzenia przychodziły Bradowi na myśl.
– Co ma zrobić ten, kto kocha? – zapytał cicho Delson, cytując jakiś tekst, którego autora i źródła nie potrafił sobie przypomnieć. Skrzywił się słysząc, jak groteskowo to zabrzmiało. Nie chciał, aby to tak brzmiało. Nie w tym momencie.
Niepierwszy raz widział jak Mike uśmiecha się lubieżnie i oblizuje dolną wargę. W tamtym momencie jednak ten gest był preludium do wydarzeń i ich następstw i Bradford dobrze to pojął.
– Niech to powie. A najlepiej pokaże – odparł Michael, szczerząc zęby.
Kilka kropelek wody spływało z jego mokrych włosów, przez grzywkę zawiniętą na czole, po nosie.
Kap, kap, kap.
Brad przełknął ślinę, zimną, jak krople. Czekał na ten moment już od dawana, parę spojrzeń wcześniej i kilka przypadkowych otarć później.
Delson napotkał brązowe oczy współlokatora, które zdawały się płonąć. Ścisnął Michaela za przegub ręki i przyciągnął do siebie. Urywany oddech, realny, ale jak zza ściany. Ciepło bijące od niego. Parę uników zrobionych wzrokiem. Prawa ręka przyklejona do ściany, uniemożliwiająca ucieczkę. Uśmiechy, jak najbardziej śmiałe, pełne godności, instynktu. Brać i nie oddawać. To teraz czuł Brad.
Jego miękkie usta stopiły się po chwili z wargami chłopaka. To była wygrana i przegrana; największa nagroda i najmniejsza kara.


To, co robiliśmy nie biło w porządku. W szczególności nie było fair wobec Walsh. Ale naprawdę wydawało mi się, że Mike to człowiek, który był moim przeznaczeniem. Pociągał mnie, jak nikt przed nim. Lubiłem jego uśmiech, lubiłem jego jęk, kochałem go całego. Nie przeszkadzało mi Pearl Jam ani Nirvana bębniąca z głośników o drugiej w nocy. Jeśli jemu sprawiało to radość, mi też to odpowiadało. Nie denerwowałem się już na niego, kompletnie nie potrafiłem. W jakiś sposób owinął mnie sobie wokół palca, byłem na każde jego zawołanie, a na jego głupstwa patrzyłem z przymrużeniem oka.
Jedyną rażącą myślą, jaka przewijała się w moim kompletnie otępiałym umyśle miłością do Shinody, była jego relacja z Meryem. Chciałem go tylko dla siebie. Bolało mnie jak z nią wychodził, jak myślałem o tym, że teraz właśnie ją całuje, dotyka, jak to właśnie jej ciało wygina się pod nim w łuki.
I bolało mnie, że mogłem być tylko chwilowym skokiem w bok.
Następne cztery miesiąc mojego życia były zbyt szalone. Czasami wydawało mi się, że żyję w grze, z dwoma innymi uczestnikami. Lawirowaliśmy pomiędzy sobą, w dwóch trzecich tego świadomi. Ja widziałem co się dzieje, Mike też doskonale zdawał sobie ze wszystkiego sprawę, tylko Walsh żyła w swojej połowicznej, błogiej nieświadomości. W końcu któreś z nas miało odpaść. Zawsze typowałem Meryem, jako tę najsłabszą. Jednak stało się inaczej.

Rok 2002

Do naszych drzwi wejściowych ktoś zaczął się dobijać. Otworzyłem leniwie oko, właśnie przysnąłem. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jeszcze ciepłego prześcieradła. Michael opuścił to mieszkanie pół godziny temu. Telewizor cicho rzęził na zakurzonej komodzie.
Wygrzebałem się z blado niebieskiej pościeli, pachnącej Shinodą, rozłożonej na tej obrzydliwie pomarańczowej kanapie. Żółta gąbka wychodziła z boku, wyrwałem ją w pośpiechu składając pierzyny i wrzucając je do schowka.
Wyłączyłem telewizor, zebrałem niedopałki i pustą butelkę po winie z szafki, krzycząc, że już otwieram. Wyrzuciłem wszystko do kosza. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, gdy uzyskałem względny porządek. Naciągnąłem spodnie na bokserki i otworzyłem drzwi.
Po drugiej stronie stała Meryem. Przywitała się ze mną, wpuściłem ją do środka. Zapytała, gdzie Michael.
Wyszedł parę chwil temu – wyjaśniłem. Wychyliłem się do tyłu i spojrzałem na zielony zegar – Właściwie to z pół godziny temu. Musieliście się minąć.
Zrobiła zrezygnowaną minę.
Pomyślałam sobie, że wpadnę, bo mam dzisiaj na późniejszą godzinę. Przyniosłam śniadanie.
Dziewczyna miała już ochotę wejść do środka, ale zagrodziłem jej drogę i uśmiechnąłem się zawadiacko.
– Nie ma tak łatwo. Co dostanę w zamian?
Zrobiła znudzoną minę i pomachała mi przed nosem brązową torbą z logo McDonald's.
Na takie warunki mogłem przystać.


Człowiek naprawdę nie potrzebuje wiele, kiedy wydaje mu się, że jest kochany, a jego przyjaciółka siedzi obok niego na wydeptanym, czerwonym dywanie i je udka od kurczaka. Frytki leżały porozrzucane na podłodze, a nas najbardziej zajmowały zabawki. Małe figurki z jakiegoś filmu dla dzieci, jaki właśnie grali w kinach. Czuliśmy się jakbyśmy znowu mieli po siedem lat i chcieli poznawać świat. Jakbyśmy nie wiedzieli, jaki on jest okropny.
Czasami fajnie jest poczuć się jak dziecko.
Opieraliśmy się plecami o kanapę i oglądaliśmy telewizję. Śmieliśmy się z głupich żartów i jeszcze bardziej beznadziejnych historii naszego życia.
Pamiętam jak kiedyś Mike chciał być taki wspaniały i o trzeciej nad ranem próbował upolować muchę – zaczyna się śmiać – ta go wykiwała, a on zaplątał się o kable i wywrócił. Połamał sobie nos. Wyobraź sobie minę lekarza na ostrym dyżurze, gdy mu opisywaliśmy co się stało.
Śmiejemy się, chociaż wzmianka o Shinodzie lekko mnie kuje.
– Ach, ten Mikey – westchnąłem teatralnie, na co dziewczyna roześmiała się jeszcze bardziej.
Po chwili jakby spochmurniała. Otworzyła usta, ale szybko je zamknęła, jakby słowa nie chciały się uformować i przepłynąć przez struny głosowe. Widocznie przypominała sobie coś na tyle ważnego, co miało moc zabierania jej radości.
– Chciałabym powiedzieć... w sumie to... chciałabym kiedyś powiedzieć, że go kocham najbardziej na świecie, ale nie wiem, czy byłaby to prawda...
Pękła bąbelkowa folia szczęścia wokół nas, pomimo tego, że Spongebob nadal serwował kraboburgery. Pyk, pstryk, pyk. Powróciliśmy na ziemię i znów staliśmy się tymi na pozór dorosłymi, zgorzkniałymi ludźmi.
Odwróciłem się w jej stronę, podgiąłem nogi a głowę oparłem na ręce.
Więc w czym tkwi problem?
Byłem w środku lekko rozmontowany.
Wzruszyła ramionami. To nie był jeszcze koniec.
Wyłączyła telewizor.
Całe życie kochałam tylko jednego mężczyznę – wyznała.
Nigdy nie umartwiała się nad sobą w moim towarzystwie. Nie robiła z siebie umęczonej kochanki i dziewczyny cierpiącej z miłości. Właśnie dlatego myślałem, że to wszystko było przeszłością.
W tym momencie strony się przemieściły, zmieniły sojusze, znów się potasowaliśmy, przemieściliśmy o inne oczka. Teraz tylko Mike nie wiedział co się wokół niego dzieje. Z tego wynikało, że tylko ja miałem asy i całą wiedzę – powinienem być o sobie bezpieczny oraz, przy obrobienie szczęścia, mogłem wykupić z banku uczucia. Tylko czyje?
Maryem uciekała wzrokiem. Widziałem jak wodziła nim po jasnym pokoju i lufcie, w którym mieściła się kuchnia. Powiedziała zbyt wiele, a teraz to wszystko ją za bardzo piekło.
Chyba powinnam już spadać – powiedziała w końcu.
Uśmiechnąłem się połowicznie, gdy zbierała tłustą folię po burgerach i papierowe pojemniczki po frytkach. Po chwili wstała i ja zrobiłem to samo.
To nie był instynkt czy impuls czy jeszcze jakieś inne gówno, za jakim kryją się ludzie, gdy robią takie rzeczy. Dobrze wiem co mną wtedy zawładnęło – przede wszystkim wielki wyrzut sumienia. I uczucie. Kochałem ją, jasne, że ją kochałem. Trochę mniej niż ona mnie, ale jednak.
Moje serce zostało podzielone na pół. Jedna część dałaby się pokroić za Michaela, druga za Maryem. Zawsze tak było jest i będzie. Ale serce nie jest równym kwadratem, które da się podzielić na jednakowe kawałki. Ma nieforemny kształt. Większa jego część należała do Maryem.
Do Michaela czułem ogień, który mógł się szybko wypalić; do Wlash pałałem głębszym, długo tlącym się płomieniem.
Położyłem rękę na jej ramieniu, by zwróciła na mnie uwagę; przesunąłem ją do jej szyi, by coś mogła poczuć; obrysowałem kciukiem jej usta, by jeszcze mogła mnie odtrącić. W końcu zrobiłem najbanalniejszą rzecz, o którą tyle hałasu: pocałowałem ją. A potem zrobiłem to jeszcze raz i jeszcze raz.

~*~

Michael wyjechał trzy dni temu.
Wiedziałem, że się domyślił. Czułem to, czułem to przez jego ostatnie, szklane spojrzenie skierowane ku mnie. Uwinął się w parę chwil, po cichu. Zwinął swoje rzeczy, zostawił tylko płyty i karteczkę.
Ha, ta pieprzona, samoprzylepna, żółta karteczka.
Napisał, że wyjeżdża, zostawia wszytko w tyle. Kazał mi wyprowadzić się z mieszkania możliwie jak najszybciej. Klucze miałem zostawić.
Kontakt mi się z nim urwał. Parę miesięcy później przez przypadek dowiedziałem się, że znalazł do swojego zespołu idealnego gitarzystę, jakiego im brakowało a także jeszcze lepszego wokalistę, z mocnym, zachrypniętym wokalem. Nazywał się Chester Bennington i skradł serce Michaelowi. Mam nadzieję, że był z nim szczęśliwy.
Po tym jak pocałowałem Maryem, spotykałem się z nią częściej. Muszę przyznać, że świetnie graliśmy parę. Michael od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Wyraźnie wyczuwałem to w rzadszych kontaktach ze mną i jakimś niewidzialnym dystansie. Shinoda przez dwa tygodnie rozpaczliwie próbował przywłaszczyć sobie Walsh dla siebie. Stawał się niepokojąco zaborczy i boleśnie zazdrosny. Ale tylko do momentu, w którym wykrzyczała mu, że wszystko między nimi się skończyło.
Tak oto potencjalny kandydat do wygranej, który miał wszystko, przegrał z kretesem i został z niczym. Stracił kontrolę i nic nie szło po jego myśli.
Teraz stałem w mieszkaniu przy Stocker Street. Odłożyłem ostrożnie klucze na blat. Chrissie miała pojawić się za piętnaście minut i wszystko sprawdzić. Rozejrzałem się po pustych ścianach. Tyle wspomnień się w nim kryło, tyle niespodzianek i rozczarowań. Odnalazłem tutaj miłość, poznałem ją na nowo.
Wyszedłem na korytarz. Złapałem Maryem za rękę. Bransoletki z szarych kamyczków cicho brzdęknęły.
Nie wiem dokąd nas to wszystko doprowadzi. Gdzie uwijemy spokojne gniazdko i czy w ogóle Maryem Jeanette Walsh jest mi pisana na zawsze. Może spotkam jeszcze kogoś innego, kto zmieni moje życie? Może założę rodzinę? Nie wiem ile będę miał dzieci i czy w gruncie rzeczy stado rozwrzeszczanych bachorów jest mi potrzebne do szczęścia.
Właściwie, to czym jest szczęście? Momentem, w którym wszystko się zaczyna układać, gdy wyrzucasz szóstkę, a każdy twój krok nie pozwala ci wpaść w pułapkę? Gdy zręcznie omijasz przeszkody i zgarniasz karty z napisem: „szansa”?
Spojrzałem na Maryem. Bransoletki już przestały brzęczeć. Jedyne co mi jest potrzebne do szczęścia to miłość. To moja „szansa”.



Wiem, spartaczyłam. Nie było wielkiego, wyniosłego happy endu robionego z pompą i konfetti. Nie było ślubu w Danii i dwójki adoptowanych dzieci. Nie było też smutnego zakończanie, po którym płakalibyście i pociągali nosem, bo oni powinni być razem, a los tak ich rozrzucił. Żaden też nie umarł, nie wpadł po samochód, nie popełnił samobójstwa z powodu nieszczęśliwej miłości. Zepsułam.
Nie była to też tak do końca Delnoda, rozumiana tak, jak większość paringów, bo oni nie zostali ze sobą na wieki. Byli tylko ze sobą chwilę. Eh.
W każdym razie taki obrót sprawy wpadł mi do głowy dość zbawczo, bo pisząc pierwszą część nie wiedziałam co mam dalej robić.
I wiecie co? Jestem zadowolona, że nie wygląda to tak oklepanie. O.

piątek, 3 czerwca 2016

Chrońmy rodzinę jak umiemy, bo rodzina nie ma ceny


Rozdział piętnasty
Chrońmy rodzinę jak umiemy, bo rodzina nie ma ceny


Drugi marca 2009 roku.


Laura czasami myślała o Michaelu. Stawał w kolejce jej ważnych spraw, czekał tam długie godziny, a nawet dnie. W końcu zmęczony przysiadywał na końcu sznureczka. Koczował w małym śpiworku i zjadał konserwy. Przewiązywał się grubą liną, by nie spaść, nie dając się odpędzić. Opowiadał, wabił, ale najczęściej wspominał te dawne chwile, kiedyś pełne radości – dzisiaj już tylko goryczy. Laura walczyła z nim, bo wiedziała, że pozbycie się go było ostatnią rzeczą potrzebną do uzyskania równowagi. Zdawała sobie sprawę z tego, że to tylko jej osobisty miraż, nic więcej.
Tęskniła za nim. Za tym, co sobie kiedyś wyobraziła. Był jej ideałem, choć w rzeczywistości nie potrafił nawet przeżyć jednego dnia bez złorzeczenia. Michael Shinoda był zwyczajnym człowiekiem. Irytującym, okropnie wrażliwym, bezczelnym, wybuchowym. Nikim więcej. Brak mu było boskiej cząstki.
Od dwa tysiące siódmego roku Laura Jones wpadała w wir pracy – zaczęła uczyć języka angielskiego i historii sztuki w Middle School w Homewood. Między sprawdzianami leżącymi na biurku, Michael już nie koczował zbyt często.
Praca dała jej odpowiedniej przestrzeni do oddechu. Pozwalała zapomnieć i ponieść się nowym nurtom. Przy tablicy dawała z siebie wszystko, angażowała w sprawy uczniów. Na jej lekcjach panowała przyjazna atmosfera, ale dzieciaki wiedziały, że nie mogą pozwolić sobie na zbyt wiele.
Dzisiaj kończyła już dwadzieścia osiem lat i dawno nie czuła się tak wspaniale. Wszystko powoli zdawało się składać w sensowną całość. Niektórzy na ułożenie puzzli życia potrzebują trzech dni, inni roku, a jej zajęło to parę lat. Stawała na nogi, nie musiała więcej prosić Anthony'ego, by tego miesiąca założył za nią połowę czynszu. Pieniądze jakie zarabiała, pozwalały jej na płacenie za siebie i odłożenie wystarczającej sumy. Była już mniej zależna od kogokolwiek. Powoli myślała nad przeprowadzką, szukała innego lokum.
Wydawało jej się, że się zakochała. Tak jak ona był nauczycielem. Miał syna z poprzedniego małżeństwa i francuski, rodzinny akcent. Zaczynała mu ufać, budować ważne i solidne fundamenty. Podkreślała swoje usta szminką, tuszowała rzęsy. Przestała się zamartwiać i poczuła się atrakcyjna.
Stała właśnie przed lustrem i kręciła włosy na lokówkę. Miała z nim wyjść wieczorem do restauracji, aby należycie świętować dzień swoich urodzin. Szykowało się coś większego, przeczuwała to swoją kobiecą podświadomością. Albo powie jej coś ważnego, albo może nawet jej się oświadczy. Na samą tę myśl, żołądek skurczył się i rozkurczył. Przecież to byłby kompletny obłęd.
Zeszła na parter. Przejrzała się w wielkim lustrze. Było nieźle.
– Idziesz z tym... jak mu tam było...? – zaczął Anthony, który właśnie wrócił do domu z pracy.
– Jean Pierre.
– Oryginalne imiona, nie sądzisz? – parsknął mimochodem i odłożył gazetę na stolik przed Laurą. Kątem oka śledziła ruch jego ręki z połyskującym zegarkiem i zapiętym na perłowy guzik mankietem. Zapach jego perfum kojarzący się z rozmowami o życiu, uderzył w nią.
Ich spojrzenia w lustrze okutym rzeźbioną, ciemno-bazową ramą skrzyżowały się.
Anthony, Anthony, Anthony.
Mężczyzna, który załatał w niej dziury. Mężczyzna, z którym stosunki na samym początku nie wyglądały klarownie, a dopiero później nabrały postępu. Połączyło ich zamiłowanie do sztuki. Laura lubiła ją tworzyć, a on podziwiać. Ludzi zazwyczaj splatają dziwne zamiłowania.
Kobieta przewróciła oczami i oznajmiła:
– Będzie tutaj za chwilę.
Anthony widział tego mężczyznę raz czy dwa razy, gdy bezczelnie parkował swoim nowym modelem BMW pod jego oknami i doprowadzał Laurę aż pod drzwi, kradnąc po jednym pocałunku z jej policzka i ust. Później odchodził tym swoim sprężystym krokiem, którego nie wyzbył się z wieku nastoletniego. Odganiał palcami blond włosy, a gdy siadywał na fotelu kierowcy i odwracał głowę, by spojrzeć jeszcze raz na Laurę, Anthony mógł przysiąść, że z odległości paru jardów i przez firankę spostrzegał błysk w jego błękitnych oczach. I za każdym tym razem Barrow czuł delikatne, ostre, srebrne igiełki. Wiedział, że to szpilki zazdrości.
Mężczyzna zacisnął szczękę.

Anthony przepuścił Laurę w drzwiach i pozwolił jej pierwszej zająć miejsce przy stoliku w szpitalnym bufecie. W pomieszczeniu pachniało mięsem – dzisiejszym daniem głównym. Gwar unosił się pod sufitem. Mężczyzna zajął miejsce naprzeciwko niej. Oddzielał ich tylko mosiężny stół i cerata w biało-czerwoną kratkę.
– Co chcesz mi powiedzieć? – zaświergotała wesoło, przekrzywiając lekko głowę i próbując napotkać jego oczy. Była w bardzo dobrym humorze, już niedługo miała wrócić do domu.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno. Tak właściwie to tylko usta się wykrzywiły, a oczy zostały niewzruszone.
Złączył ręce na stole i zrobił z nich koszyczek.
– Kończę staż tutaj. Carmen mnie zostawiła. Nienawidzę tego miasta. Wyprowadzam się.
Cztery krótkie zdania zawisły, powoli wtopiły się w tło rozmów innych ludzi, lecz po chwili upadły na podłogę. Nie rozbiły się, ale też nie odbiły. Po prostu opadły, jak piórko.
Laura patrzyła na niego z niedowierzaniem. Mina jej zrzedła.
– Ale jeżeli chcesz, możesz mnie odwiedzić. – dodał szybko.
Dziewczyna powstrzymała się przed parsknięciem. Litował się nad nią, albo rzeczywiście ją polubił. A może jedno i drugie?

Laura wiedziała, dlaczego akurat teraz przypomniało jej się to wydarzenie. Jakie to miało większe znaczenie i jaki oddźwięk. Odwróciła się przodem do niego. Był wyprostowany, z lekko przekrzywioną dumnie głową. Słońce padało na jego prawy profil. Wydał się Laurze w tamtym momencie bardzo przystojny. Mierzyli się wzrokiem. Niebieski dywan dzielił ich jak morze.
– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? – zapytał zbyt ostro i zaplótł ręce na piersi.
– Przecież nie muszę ci się tłumaczyć – odparła beztrosko i odrzuciła włosy do tyłu.
– Tak uważasz?
Niektórych rzeczy nie powinno się zapominać. Anthony, jak nikt inny, wiedział o ulotnej właściwości pamięci, ale nie sądził, że Jones tak po prostu potrafiła zbagatelizować wszystko to, co ich połączyło.
Parę szybszych oddechów wstecz, dokładnie dwa tygodnie. Mdlący, słodki zapach. Zbyt śmiałe spojrzenia i piękniejsze, wirujące życie.
– Kocham cię.
Blade palce zaciśnięte na ramieniu Anthony'ego pobielały jeszcze bardziej; na skórze zostały tylko krwisto czerwone ślady. Strach w oczach. Niepewność w zielni i błękicie. Brązowe włosy rozsypane na poduszce.
Kobieta wzdrygnęła się, jakby Barrow wylał na nią kubeł zimnej wody. Odwróciła twarz i usilnie próbowała zaczepić wzrok o szklany wazon ze sztucznymi kwiatami. Przypomniał jej o czymś, o czym nie powinien. Napawało ją to wstydem.
– Przynajmniej byłem szczery. We wszystkim co mówiłem i robiłem.
– To w takim razie ja kłamałam. I widocznie wino uderzyło mi do głowy. – O ile jego głos brzmiał gorzko, jej był głośną przeciwwagą. – Nie chcę tego pamiętać. – spojrzała na niego, tak, jakby pragnęła zrujnować mu życie.
– I nawet to co działo się później?
– Tak.
Laura Jones była jego odosobnieniem i złamanym sercem.
– Wiesz... – zawahał się na chwilę, kolejny już raz jego szczęka zacisnęła się, a jabłko Adama opadało i podniosło się przez nagle zawadzająca ślinę – Dzięki tobie przeżyłem jedne z najwspanialszych dni swojego życia. Czułem się wreszcie kompletny, nie odczuwałem już tego cholernego, towarzyszącego mi od dzieciństwa uczucia braku akceptacji, ja... Ja wiedziałem, że ktoś na mnie czeka. Czułem się szczęśliwy, bo wszystko, czego potrzebowałem było w zasięgu mojej ręki. Wiedziałem, że nie jestem już sam. – W końcu zakończył cichym, chrapiącym i pełnym wyrzutu: – A ty mi teraz mówisz, że nie chcesz tego pamiętać...
Wylewając z siebie paskudny potok słów miał pochylone ramiona. Wyglądał żałośnie.
– To nie tak... – zaczęła.
– Więc jak inaczej?
– Ja też... Po prostu... och, sama już nie wiem.
– To zbyt trudne?
– Tak, dokładnie tak. Jest jeszcze Jean Perre.
Podeszła do niego i spróbowała napotkać jego oczy. Wzrok miał zimny i zamglony jak pierzaste, duszne obłoki za oknem. Był jak dzień słoneczny i deszczowy.
– Kochasz go?
Nie odpowiedziała.
– Zadałem pytanie.
– Jest dla mnie ważny – powiedziała w końcu.
– Rozumiem.
Przeklął pod nosem. Robił to rzadko. W tym jednym słowie ulokował wszystkie kłębiące się w nim wrogie emocje. Ruszył się. Wplótł palce w brązowe włosy. Nie widziała już jego oczu. Pewnie były mokre. Potarł ręką policzek z igiełkami trzydniowego zarostu. Obszedł ją. Kochał ją.
– Anthony... – jęknęła.
– Znaczysz dla mnie po prostu więcej niż powinnaś. Nic na to nie poradzę.
Znów przeklął.
Poszedł do kuchni. Zniknął za białą ścianą, którą wspólnie malowali, a potem okładali przy framugach granatowymi kafelkami.
Blondyn w mercedesie zniecierpliwiony nacisnął dwukrotnie klakson. Ten dźwięk zawsze kojarzył się Laurze z czymś dobrym. Przywodził wspomnienia dziecinnych prób parkowania samochodu z ojcem. Siedziała wtedy na jego kolanach i naciskała z całych sił środek od kierownicy. Wtedy się śmiała. Teraz miała ochotę się rozpłakać.
Anthony wrócił, prawdopodobnie już drugi raz przechodząc obok niej. Na usta cisnął mu się przytyk. Chciał jej powiedzieć, aby poszła już do swojego ukochanego. Nie odezwał się.
Laura przelotnie wyłapując jego wzrok zróżnicowanych oczu kolejny raz zastanawiała się, ile jeszcze razy zmieni zdanie. Który to już raz zechce go pokochać, a który zechce być zupełnie obojętna. Który to już raz będzie na jego widok za szybko łapała powietrze.
Staną przed nią, wyjął ręce z włosów. Błyskawicznym ruchem wyciągnął je w jej stronę. Nie wiedziała czego ma się spodziewać. Ujął jej twarz. Klakson zatrąbił już czwarty raz.
Pocałował ją. Jego usta często dotykały jej dłoni i policzków; czasami stykały się z pogryzionymi z nerwów wargami. Ale teraz ten pocałunek był zupełnie inny. Smutny, lekki. Anthony lubił melancholię, która wypełniała go całego, ale miał już tego dosyć. Chciał jej wszystko oddać, by sobie to wzięła, na spotkanie z tym idiotą w samochodzie.
Gdy w końcu oderwał swoje usta od jej, widział zdziwioną twarz kobiety. Kilka łez za perliło się i spłynęło po policzku w kolorze piwonii, rujnując ten perfekcyjny makijaż.
Drżała. Kalkulowała. Przeliczała i ważyła. Już wiedziała, co ma zrobić.
– W takim razie... – przełknęła ślinę. – Daj mi chwilę.
Otarła wierzchem dłoni łzy, wzięła parę wdechów i poprawiła włosy. Wygładziła zmarszczki na nieskazitelnie białej koszuli. Wyszła z domu.
Anthony stał chwilę w jednym miejscu, czując, jak całe jego życie mu umyka. Podszedł do okna. Spojrzał na podjazd. Laura rozmawiała z Jeanem, tłumaczyła mu wszystko. Do jego uszu dochodziły strzępki ich rozmowy. Jeżyk francuski dawno go tak nie kuł.
Non, je ne regrette rien – to było ostatnie zdanie jakie Anthony usłyszał i zrozumiał. Zbyt dobrze znał piosenki Edith Piaf.
Odszedł, a firanka zafalowała. Była jak kurtyna dzieląca przeszłość od teraźniejszości. Cienka płachta.
Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Wpatrywał się w przewijające się kolorowe obrazy. W głowie miał zbyt wiele scenariuszy, pomysłów, odpowiedzi i wizji swojego zachowania – to sprawiło, że w ostatecznym rozrachunku w jego umyśle panowała pustka, ale nadal czuł się nieszczęśliwy. Oglądał.
Laura wróciła. Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że Anthony'emu serce podeszło do gardła.
Między nimi było niewyobrażalne napięcie, jak ładunki elektryczne przeskakujące w linii prądu.
Usiadła obok niego na kanapie. Miękkie poduszki załamały się. Przez chwilę bezmyślnie wpatrywała się w martwą taflę telewizora. Anthony nie mógł już dłużej znieść narastającego niepokoju gdzieś w okolicach żołądka.
Po chwili bez słowa, delikatnie wyjęła mu pilot z ręki i wyłączyła telewizor.
– Jeżeli to spieprzysz, to przysięgam, zabiję cię.
Nie spojrzała na niego.


Dwunasty czerwca 2009 roku.


Emily stała w oknie i obserwowała Connora, jej sąsiada, oddalającego się do pracy. Chłopak szedł sprężystym krokiem, charakterystycznym dla nastolatków w trampkach. Ciemne włosy miał przygładzone żelem, a jeansy zwisały mu nieco poniżej pasa, ale nie przekraczały linii pośladków. Chłopak był przystojny, proporcjonalnej budowy, z olśniewającymi oczami w kolorze indygo oraz czystą skórą. Ale Emily Jones nie uważała go za atrakcyjnego – dla niej nie liczyli się młodsi mężczyźni. Wolała tych starszych, już nieco zużytych, lekko pomarszczonych, jak książki z drugiego obiegu. Lubiła przyglądać się dojrzałemu mężczyźnie i wyobrażać sobie młodego chłopaka, którym niegdyś był, w ten sam sposób, w jaki patrzy się na twarz dziecka i zastawia, jak będzie ono wyglądało, gdy dorośnie.
– W co się tak wparujesz?
Emily obejrzała się za siebie i uśmiechnęła do mężczyzny w łóżku. Peter Walce – jej lekko pomarszczony, trzydziestopięcioletni kochanek.
– Nic szczególnego – odpowiedziała, mrużąc oczy.
Usiadła na brzegu łóżka. Stopa Petera wystawała spod kołdry. Uszczypnęła ją.
Mężczyzna jęknął i szybko wciągnął nogę.
– A to za co?
– To kara – odpowiedziała – za ignorowanie mnie wczoraj wieczorem.
– Co? – zmarszczył brwi.
– Dobrze wiesz: co. Kiedy pojawiła się Lizzie, nagle zacząłeś się zachowywać, jakbyś w ogóle mnie nie znał.
– O Boże, Em. Przecież to moja dziewczyna!
– Przecież wiem – mruknęła – Ale mimo wszystko, to niezbyt miłe, prawda?
Związek Emily i Petera od zawsze był nieformalną mieszaniną sporadycznych interesów i nieskrępowanej przyjemności. Spotykali się raz czy dwa razy w tygodniu na drinka lub seks, albo na jedno i na drugie, a on wypłacał jej żartobliwie nazywaną przez siebie „pensję”; okrągłą co miesięczną sumkę na życie, opłacenie studiów i wódkę. Robił tak, bo po pierwsze, stać go było na ten wydatek, a po drugie, bo taki miał kaprys. Ten wygodny, niekrępujący układ z odrobiną zabawy odpowiadał obojgu od roku. Emily póki co nie oczekiwała czegoś więcej od Petera, choć odczuwała pewne rozczarowanie, że przez te dwa lata ich znajomości, Walce nie zdołał się w niej zakochać, a kiedy cztery miesięce temu Peter zadłużył się w trzydziestodwuletniej kobiecie, uosobieniu macierzyństwa, z dwójką dzieci, własną firmą i winnicą w Toskanii, miała wrażenie, że została po prostu oszukana.
– Słuchaj – westchnął Peter, siadając na łóżku. – Nie miałem pojęcia, że Lizzie pojawi się wczoraj wieczorem. Wcześniej mówiła, że nie znajdzie opiekunki...
– Słucham?
– Miała przyjść do mnie, ale zadzwoniła, że nawaliła jej opiekunka i...
– I zaprosiłeś mnie zamiast niej. – Weszła mu w zdanie.
– No tak.
– Kurewsko czarujące.
– Jezu, Emily....
– Jezu, Emily, co? Mam tego cholernie dosyć. Ta cała sytuacja jest popierdzielona.
– Em, daj spokój.
– Nie, nie dam spokoju. Ty i ja. Kiedyś byliśmy równi, byliśmy tacy sami. Ale odkąd poznałeś Lizzie, to czuję się, jakbym była jakimś śmieciem, który szwenda się za tobą i łata dziury w twoim życiu.
– To kompletny odjazd.
– I przestań mówić w ten sposób. Jak jakiś nastolatek. Masz trzydzieścipięć lat. To brzmi śmiesznie – warknęła
Emily wzdrygnęła się w duchu, kiedy tylko te słowa wyleciały z jej ust. Zachowywała się perfidnie, ale nie mogła się opanować.
Odwróciła twarz, a jej wzrok padł na jej odbicie w lustrze. Miała pełne wyobrażenie na temat swojego wyglądu, w które głęboko wierzyła. Szatynka o jasnych oczach z kremową skórą. Z reguły jej sobowtór w tafli lustrzanej przedstawiało dokładnie to, czego oczekiwała. Ale zdarzały się też i gorsze chwile, jak dzisiejszy ranek.
Pod oczami miała rozmyty makijaż. Czasami z rozmazanym make upem wyglądała seksownie i drapieżnie, dzisiaj zaś zdawała się być zmęczona i jakby obłąkana. Na głowie nastroszyły się włosy koloru platynowego blondu, wyciśnięte z tubki numer 6 (nadal nie przyzwyczaiła się do tego koloru), z rdzawymi, wyraźnie widocznymi odrostami, na dokładkę przetłuszczone, a na brodzie straszył duży pryszcz. Zastanawiała się jak Lizzie wyglądała zaraz po przebudzeniu, ale po chwili zdała sobie sprawę, że nie ma to żadnego znaczenia, bo przecież Peter jest w niej zakochany i choćby nie wiadomo co, w jego oczach i tak wyglądała najpiękniej na świecie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i zawiązała szlafrok.
– Emily, to ja, Augustus.
Westchnęła i otworzyła drzwi.
– Cześć. Przepraszam, chciałem tylko... o, cześć Peter. – Mężczyzna wyjrzał zza jej ramienia i przesłał Walce'owi blady uśmiech.
Peter wyciągnął rękę i wykrzywił usta w równie bladym uśmiechu.
Wyglądał głupkowato, usadowiony między poduszkami z dromaderami na różowej i spranej narzucie, z tą swoją szeroką i owłosioną klatką piersiową i siwiejącymi skroniami. Wyglądał, z czego Emily zdała sobie nagle z przerażeniem sprawę, jak głupi przystojny facet mający głupi romans. Przełknęła ślinę.
– Chciałem tylko przypomnieć ci o czynszu. Pomyślałem sobie, że może dziś mogłabyś dać mi czek. Trzeba uregulować rachunki i jeśli nie zapłacę do końca tygodnia, to, no cóż, nie będzie ciepłej wody. Albo ogrzewania. To tyle.
– Dobrze – westchnęła – dobrze. Dam ci ten czek wieczorem.
– Tak, tyle, że to samo mówiłaś w zeszłym tygodniu. Nie dostałem od ciebie żadnych pieniędzy od końca kwietnia, a nawet wtedy nie zapłaciłaś całej kwoty i...
– Gus, dam ci ten czek. Wieczorem. Okey? – przerwała mu zbyt ostro.
– Dobrze. Okey. Obiecujesz?
– Obiecuję.
– No dobra, w takim razie to wszystko. Do zobaczenia. Do zobaczenia, Peter.
– Do zobaczenia, Augustus.
Emily zamknęła drzwi, odwróciła się i uśmiechnęła do Petera. Odkrył kołdrę zapraszająco.
– Przykro mi, stary.
Zrzuciła kołdrę z powrotem na jego nagie ciało i sięgnęła po frotkę, którą związała włosy w kitkę.
– Nie jestem w nastroju.
– Nawet na szybki numerek? – zapytał
– Nawet na szybki numerek.
Puściła do niego oczko, by złagodzić nieco odmowę. Nie miała ochoty na kolejną awanturę. Zdawała sobie sprawę, że czekała ich poważna rozmowa, ale teraz wolała jej nie zaczynać. Pragnęła jedynie wejść pod prysznic. Tak bardzo chciała być czysta.

Trzydziesty pierwszy sierpnia 2009 roku.

Emily musiała przyznać, że decyzję swojej siostry przyjęła z dezaprobatą. Nie podobał jej się ten pomysł, zdawał się być nie realny, zważywszy na wydarzenia, których niewyraźny kontur znała. Wtedy, gdy stała w oknie i przyglądała się jak jej siostra odchodzi z domu rodzinnego, czuła rozżalenie. Gardło zacisnęło się. Już wiedziała, że raczej Laura się nie odezwie.
Miała wtedy lat trzynaście i zachowywała się jak każda nastolatka; zaczytywała się w książkach Sparks'a, słuchała popularnych piosenek z dennymi tekstami, eksperymentowała z kosmetykami i zakochiwała się niefortunnie. I odkąd skończyła lat piętnaście, szukała zawsze kogoś, kto potrafiłby się nią zająć.
Czuła, że w momentach, w których łapała okruchy dzieciństwa, nie potrafiła się odnaleźć w rzeczywistości. Czasami żyła przeszłością, co było też częścią jej jestestwa i wrażliwości. Do pewnych spraw dorastała wolnej, a gdy osiągnęła pełną dojrzałość, wrażenia życia dorosłego uderzył w nią jak rozpędzony pociąg.
Jedną taką rzeczą był związek Peterem Walcem, teraz, wymykający jej się z rąk od dłuższego czasu.
Mężczyzna opuścił jej pokój w mieszkaniu zamieszkiwanym przez jeszcze paru innych lokatorów. Powietrze pachniało jego drogimi i ciężkimi perfumami Dolce & Gabbana. Wzdrygnęła się. Szczerze nie znosiła tego zapachu.
Wrzuciła do torebki kilka najpotrzebniejszych rzeczy, papierową kopertę, bilety i książkę z pozaginanymi rogami. Wyszła z pomieszczenia, zamknęła drzwi na klucz, nadal nie będąc pewna, czy podróż do Alabamy jest słuszna.

~*~

Nie szukała Laury na siłę. Przez te całe lata miała wrażenie, że to był osobisty wybór jej siostry i widocznie miała ku temu powody. Ale wystarczył tylko jeden, rzeczowy telefon i smutne okoliczności, o których nie da się mówić przez papier ani fale radiowe.
Emily musiała przyznać, że Domek Pawia sprawiał wrażenie przytulnego i przestronnego. Był naprawdę piękny, świeżo wyremontowany, z zadbanym ogródkiem. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i wtedy dopiero zwątpiła. Nie wiedziała, czy tak po prostu bez zgody siostry może wtargnąć w jej najwidoczniej poukładany świat. Mogła go zburzyć, albo przypomnieć o sobie i zostawić wyrwę. Emily wiedziała też, że łamie swoją dumę, a to w pewnej sposób ją osobiście ubodło najbardziej.
Chciała stąd zawrócić, oddalić się i nie mieć z Laurą nic wspólnego.
I właśnie dlatego weszła po małych schodkach, stanęła na ugiętych nogach przed drzwiami z kolorowym witrażem i nacisnęła dzwonek. Czekała.
Dziewczynę dobiegły śmiechy. Za klamkę szarpnięto, otworzono drzwi zamaszyście i przyjaźnie, jakby spodziewano się przyjaciela, albo serdecznego sąsiada. Kobieta stanęła przed nią i nagle jej twarz stała się kamienna i bez wyrazu. Wpatrywały się w siebie; Emily nie mogła uwierzyć, jak bardzo jest podobna do siostry, Laura natomiast nie mogła się nadziwić jej odwiedzinami. Przez chwile były jak odbicia lustrzane. Gdzie jedna podążała, tam i druga zmierzała, by w końcu spotkać się mogły w niebiesko-szarych oczach.
– Cześć – powiedziała młodsza.
– Wejdź – odpowiedziała starsza.
Nic więcej na przywitanie.

~*~

Emily usiadła naprzeciwko siostry. Dębowy stół i haftowany obrus dzielił je od siebie. Zimny, wypolerowany, ciepły, wzorzysty.
Gorąca kawa kipiąca emocjami wypuszczała parę. Trzeba było uważać, aby się nie sparzyć.
– Przyjechałam tutaj... – zaczęła dziewczyna niepewnie. Spojrzała na Anthony'ego, szukając w nim podpory. W jego poprzednim uścisku dłoni było jakieś pokrzepienie. Gdy znów rzuciła na niego okiem, mężczyzny już nie było. – Tak właściwie to... Słuchaj, nie mam żalu – Kobieta odchyliła głowę – Naprawdę, nie złoszczę się. Przyjechałam tutaj, bo chciałam ci coś dać.
Ze swojej bordowej torebki wyjęła grubą kopertę w jasnobrązowym kolorze. Laura spojrzała na siostrę, próbując dostać odpowiedź. Wyciągnęła rękę po przedmiot. Powiało chłodem. Emily poczuła się niechciana w tym miejscu. Skurczyła się w sobie. Kobieta zajrzała do środka. Banknoty w środku zaszeleściły.
– To pieniądze z nasze mieszkanie. Sprzedałam je, to jest połowa kwoty, jaką otrzymałam – wyjaśniła.
– Nie chcę pieniędzy – zaoponowała Laura – Tobie są bardziej potrzebne. W ogóle... dlaczego sprzedałaś n a s z e mieszkanie? Co na to nasza matka? – Pytanie zabrzmiało zbyt ostro.
Emily wyprostowała się jakby chciała dodać sobie siły. Łzy napłynęły do jej oczu.
– Naszej matki już nie ma. Odeszła.
Laurą wstrząsnęło. Odwróciła na chwilę twarz, a gdy znów spojrzała na siostrę, była blada jak kartka papieru.
– Słucham? Kiedy? Co się stało?
Pierwsze stadium: niedowierzanie.
– Miała raka. Nie mówiła ci o tym, gdy się widziałyście?
– Nie, nie mówiła.
Widocznie nie tylko Laura kłamała.
Drugie stadium: niepogodzenie się z faktem.
– To nie jest prawda – szepnęła i zakryła usta dłonią. Łzy zapiekły jej oczy. – To nie jest prawda...
Emily wypłakała już połowę swojej żałoby i chciała dodać otuchy siostrze. Dotknęła jej dłoni leżącej na stole. Kobieta wyślizgnęła jej się.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? Mogłabym się z nią pożegnać, porozmawiać, przeprosić, cokolwiek...
– Nie mogłam ciebie znaleźć.
– A jednak jesteś tutaj! – krzyknęła.
Trzecie stadium: złość.
Przepraszam...
– Kiedy... kiedy odeszła?
– Pół roku temu.
– Pół roku temu – powtórzyła i zaśmiała się gorzko
– Gdybym nie poszła na badania i w ręce nie wpadłaby mi broszura z sukcesami operacji kardiologicznych Anthony'ego, gdyby nie było tam jego numeru telefonu... Nie dowiedziałabyś się nigdy.
– Czyli to wszystko moja wina?
– Nie to wszystko... Ale to, że się od nas odcięłaś, bo coś się wydarzyło. Czy przypadkiem nie była to wina Michaela?
Emily, kiedy jeszcze była młodsza, wyobrażała sobie spotkanie z siostrą. Widziała ją i siebie w ich mieszkaniu, w kawiarniach, na ulicach, a później na przystankach, w przypadkowych spotkaniach. Wiedziała co chciałaby jej powiedzieć, jakie słowa skolekcjonować i jakim tonem je wypowiedzieć. Chciała jej opowiadać o ważnych wydarzeniach z życia, jak ukończenie szkoły, albo pierwsze poważniejsze randki, podenerwować się na nauczyciela od matematyki. Pragnęła posłuchać historii, a co ważniejsze, drogich rad starszej siostry. Przegadałyby wiele godzin, w przyjacielskiej serdeczniej atmosferze.
Tak się jednak nie odbyło ich spotkanie po latach. Emily miała w sobie za dużo żalu, a jej temperament nie pozwolił na stłumienie go.
Laura wyprostowała dłoń i odwróciła twarz, jakby dziewczyna wymierzyła jej policzek.
– Dosyć – syknęła – Dosyć.
Przesunęła kopertę w kierunku Emily; obrus zafalował, powstały białe fałdy na zimnym stole.
– Nie przyjmę ich.
Laura wstała i nie patrząc na siostrę odeszła. Zaczęło się przed ostatnie stadium – smutek.

~*~

Wieczorem kobieta wyszła na ganek. Było chłodno, słońce z każdym dniem przeistaczało się w wrześniowy, czerwono - złoty blask. Otuliła się szczelniej szarym swetrem.
Przy barierce stał mężczyzna jej życia.
– Miałeś już nie palić, Tony. – rzekła z troską.
Odwrócił się. Miał na sobie cienki, beżowy płaszcz. Z wielkiej kieszeni wystawał dramat Szekspira.
Podeszła do niego i ułożyła głowę na jego ramieniu. W powietrzu wirował gryzący zapach mentolowych papierosów.
– Bardzo mi przykro.
Trzy słowa szczepione ze sobą jak w walce, padły do stóp Laury. Rozległy się gdy Anthony nie potrafiła już dłużej zdzierżyć ich ciężaru. Przycupnęły na drewnianych panelach wielkie, ciężkie, głośne i niezdarne.
Otoczył ją silnymi ramionami, a niedopałek wrzucił do popielniczki ustawionej w kącie barierki.
– Wiedziałeś, prawda? Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?
– Nie mogłem zagrać roli twojej siostry. Ona powinna cię o tym powiadomić. – odparł i położył brodę na jej ramieniu.
– Nie byłabym dla niej taka oschła.
– Na pewno zrozumie.
– Zostanie tutaj do czwartku, dobrze?
– To świetny pomysł. Musicie jakoś naprawić swoje relacje. Oprócz ciebie nie ma chyba nikogo innego.
– Brakowało mi jej. Naprawdę bardzo mi jej brakowało.

Dwudziesty piąty października 2009 roku.

– Powtórz jeszcze raz: „Miłość”.
– Milosć – odpowiedziała. Mężczyzna zaśmiał się serdecznie.
– Jeszcze raz. Mi-ło-ść. To nie jest trudne. – patrząc w jej oczy oraz pomagając sobie ręką próbował wyraźnie wymówić słowo, aby je dobrze powtórzyła.
– Milosć. Och! Nie umiem! – żachnęła się.
Złapał ja za ramiona.
– Spróbuj ostatni raz. Nie z francuska. Okrągłe.
Dziewczyna westchnęła.
Tym razem wymawiając słowo dotknęła językiem podniebienia, a usta ułożyła w dzióbek. Mężczyzna musiał przyznać, ze wyglądało to bardzo figlarne.
– Miłość – wytoczyło się z jej ust.
Michael uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Potarł swoim nosem jej nos wiedząc, w tamtej chwili, czując, że to było najpiękniejsze wyznanie miłosne, jakie słyszał w życiu. Jej oczy mówiły wszystko.

– O czym myślisz?
Anna położyła ręce na ramionach męża. Mike mrugając po raz pierwszy – zmył pierwszy ślad – drugi raz pozostał już nie wyraźny kontur. Odgonił od siebie wspomnienia. Odłożył obok laptop z otwartym programem muzycznym. Odchylił głowę do tyłu, by mógł patrzeć na kobietę.
– Ciągle chodzi mi po głowie jedna melodia, ale nie mogę tego uchwycić... brakuje w tym czegoś. – skłamał tylko połowicznie.
– To do tego tekstu, który mi wczoraj pokazywałeś?
– Yhm – pokiwał głową
Po chwili z góry dobiegł ich płacz dziecka.
Spojrzeli w tamtym kierunku, a Mike westchnął zrezygnowany.
– Dzisiaj twoja kolej – powiedziała Anna i klepnęła go dla otuchy w ramię.
– Rzućmy monetą.
– Chciałbyś... – odpowiedziała

Po południu zadzwonił telefon. Mike akurat rysował obrazki z pięcioletnim synem. Zostawił na chwilę chłopca i odebrał.
– Cześć, tutaj Frances Soeur, z gazety „Teraz my”. Czy zechciałbyś...
Oblał go zimny pot.
– Wydaje mi się, że to nie jest odpowiedni moment. – Przerwał jej. Chciał zabrzmieć grzecznie, ale chyba nic z tego nie wyszło.
Zapadła cisza.
– Chciałam tylko zrobić z tobą wywiad, móc wreszcie wybić się i przestać pisać dla tych beznadziejnych, grafomańskich pisemek. – W jej tonie było słychać nutę złości. Albo żałości i zdesperowana.
– Rozumiem. Ale to nie jest najlepszy moment. Ja... – Ścisnął słuchawkę, obejrzał się za siebie, czy w pobliżu nie ma Anny i syknął – próbuję uratować swoje małżeństwo. Nie dzwoń. Zapomnij.
Oui, Monsieur Michel. – rzuciła gorzko. – Ale... To nie jest takie proste...
– Nic nie jest proste. To... to co między nami się wydarzyło, także nie było proste.
Mike usłyszał kroki. Otis przydreptał do ojca i patrzył na niego zainteresowany. Shinoda gdy tylko go zauważył, spróbował się uśmiechnąć.
– Wydaje mi się, że to nie jest możliwe. – powiedział rzeczowym tonem do telefonu, maskując swoje zdenerwowanie – Nie udzielam wywiadów na temat mojego zespołu. Linkin Park to przeszłość. Do widzenia.
Odłożył słuchawkę, nie czekając na odpowiedź. Nie chciał. Nie potrafił. Zapomniał już.
– Kto to był? – zapytał chłopiec.
Mężczyzna klęknął, aby jego oczy były na poziomie oczu dziecka.
– Dziewczyna ze stażu – odpowiedział zgodnie z prawdą – chciała przeprowadzić ze mną wywiad. Nie zgodziłem się – wzruszył ramionami. Po chili zauważył, że chłopiec trzyma coś za plecami – Co tam masz?
Dziecko uśmiechnęło się tajemniczo i pokazało Mike'owi obrazek. Cztery okrągłe kulki z kończynami. Nieproporcjonalnie duży domek, krzywe drzewo, słoneczko świecące z rogu kartki i pies, który wyglądał jak skrzyżowanie konia i owcy z wymalowanym, szerokim, czerwonym uśmiechem.
– Ojej, jaki ładny – skłamał mężczyzna i przylepił sobie uśmiech – Tak, to naprawdę piękny obrazek.

~*~

Kiedy siedem lat później Michael będzie udzielać swojego pierwszego wywiadu po rozpadzie zespołu, wtopi się wygodnie w miękki, skórzany fotel. Spiker radia BBC powie:
– Ostatnie już pytanie. Co sprawiło, że nie zwariowałeś? Mówiłeś, że rozpad zespołu był dla ciebie wielkim ciosem.
Shinoda spojrzy przez szybę tłumiącą dźwięki na nastoletniego, naburmuszonego Otisa, Louisa naśladującego brata w każdym jego geście i Annę. Pomyśli o rodzicach i siostrze. Uśmiechnie się lekko i odpowie:
– Moja rodzina.



Powiem szczerze, że miałam mały problem z tym rozdziałem. (moja rozcięta ręka, tak, rozcięta, niewątpliwie przyspieszyła ten proces). Próbowałam wygładzić niektóre niedokończone sprawy i zupełnie nie potrafiłam się za niego wziąć. Przez poprzednie dwa rozdziały skupiłam się wyłącznie na Michaelu, w końcu musiałam przestać zaniedbywać resztę bohaterów. Wygląda tak i myślę, że jest nieźle. Długo. Musi być długo. Chyba powstanie jeszcze jeden, nad programowy rozdział. Zobaczy się jeszcze.
Teraz przyszedł ten czas, kiedy muszę się wam przyznać do czegoś wstydliwego. Jak zapewne się domyślacie, w postaci Emily Jones chciałam ulokować siebie. To miałam być ja. Ha, to śmieszne, ale naprawdę tak myślałam, dwa lata temu, próbując tworzyć tę historię. Nie wyszło. Nie wypaliło. Ona jest inna i będzie inna. Ma inną przeszłość, osobowość. Więc proszę jej nie utożsamiać ze mną.
Wyobrażam sobie właśnie, że kręcicie nosem do ekranu, albo właśnie go opluwacie, parskając śmiechem.
Można. Nie obrażę się.
Papapapa.