czwartek, 28 lipca 2016

How we end up here? |część trzecia

Delnoda
How we end up here? |część trzecia.

Gra
Życie można zrozumieć patrzeć nań tylko wstecz.
Żyć jednak trzeba naprzód.
S. A. Kierkegaard

Rok 2001

Pewnego chłodnego, niedzielnego wieczoru postanowiłem nauczyć się żonglować. Miałem wtedy dziesięć, może jedenaście lat. Stałem w kuchni i próbowałem podrzucać do góry na przemian pomarańcze. Niestety owoce co jakiś czas spadały na ziemię, a te najbardziej dojrzałe pod wpływem siły grawitacji na nie oddziaływającej rozgniatały się. W którymś z takich momentów weszła do pomieszczenia moja starsza siostra. Płakała. W tamtym okresie swojego życia często to robiła – była nastolatką, która czasami nie potrafiła poradzić sobie ze swoimi emocjami. Podeszła do lodówki, wyciągnęła karton mleka po czym zamknęła drzwiczki. Jej oczom ukazałem się ja, w piżamie, mającego u stóp rozgniecione pomarańcze. Spojrzała na nie i zaciskając szczęki, pobiegła do swojego pokoju.
Wtedy jeszcze nic nie rozumiałem. Zrumienienie przyszło po paru latach. Moja siostra porównała ten pomarańcze do uczuć. Gdy są w górze, wyglądają pięknie i apetycznie, potem lądując na ręce, stają się zbyt ciężkie, a gdy jest ich więcej, po prostu spadają na podłogę. Rozgniecione, mokre, nie nadające się do użytku po raz kolejny.
Teraz wiedziałem, że to, co zrobiłem z Meryem było tym samym. Żonglowałem jej uczuciami, a potem je porzuciłem. Sprawiałem, że były niezdatne do spożycia, nie mogące wrócić do swojej poprzedniej formy. Teraz jedynie mogłem zrobić z nich sok.
Po umówieniu się z Walsh na spotkanie, nie potrafiłem skupić się na wykładach. Wracałem wspomnieniami do naszych wspólnych chwil. Denerwowałem się, niczego nie przełknąłem na śniadaniu w bufecie, a nawet nie śmiałem się z żartów znajomych. Nie wiedziałem czego miałem się spodziewać.
Do mieszkania wracałem na ugiętych nogach. Bałem się konfrontacji. Bałem się cofnąć w przeszłość, rozgrzebywać stare rany. Bałem się znów coś poczuć.
Dziewczyna przyszła parę chwil po tym jak zdenerwowany zaparzyłem sobie herbatę, aby czymś się zająć. Spojrzałem na nią przez wizjer, wylałem parujący napój do zlewu, zastanawiając się, gorączkowo myśląc. Nie było już odwrotu. Musiałem stawić czoła przeszłości, aby moja przyszłość była klarowniejsza.
Wytarłem spocone ręce o spodnie, otworzyłem drzwi, a ona uśmiechnęła się. Wyglądała bardzo ładnie w sukience z niebieskim dołem wyglądającym tak, jakby ktoś umoczył go w wielkim kuble farby. Oczy jej błyszczały, włosy związała w ciasny warkocz leżący na jej ramieniu. Serce we mnie zadrżało. Przywitaliśmy się niepewnie, podałem jej ramię, chwyciła za nie i jak kiedyś, wybraliśmy się na spacer.
~*~

– Pamiętasz tamto wzgórze, na które zawsze chodziliśmy po szkole? – zapytała wesoło i kiwnęła głową w stronę kęp trawy.
– Mieliśmy może po dwanaście lat – zaśmiałem się na samo wspomnienie.
Dziewczyna zaczęła wspominać nasze dziecięce przygody. Zazwyczaj się śmiałem, choć czasami łapała mnie nostalgia. Dzięki niej miałem wspaniałe dzieciństwo. W którymś momencie zamyśliłem się. Było mi tak wstyd, a spokój i radość jaka emanowała od Meryem sprawiała, że czułem się jeszcze gorzej. Lepiej byłoby, jakby wszystko wykrzyczała mi w twarz. Jej przyjazne nastawienie sprawiało, że, oczywiście, uspokoiłem się, ale też nabawiło mnie większych wyrzutów sumienia.
Baranku, słuchasz mnie? – zapytała, kiedy usiedliśmy na zboczu góry. Kiedyś rosła tutaj trawa, dzisiaj wszędzie było mnóstwo piasku.
Na niebie wolno sunęły postrzępione chmury.
Mhm – mruknąłem, odwracając wzrok od jej twarzy.
Bolało mnie serce. Nie jestem pewny, czy dlatego, że potraktowałam ją jak ostatnią szmatę, czy dlatego, że Meryem zdawała się ruszyć dalej. Sprawiała wrażenie, jakby to, co się kiedyś wydarzyło nie dotyczyło jej.
Co w takim razie powiedziałam? – rzuciła we mnie pytaniem, lekko zirytowana.
Coś o pozycji firmy kremów do depilacji na giełdzie? – rzuciłem pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy.
Ruda wybuchła śmiechem i położyła mi głowę na ramieniu; poczułem się na początku niekomfortowo, nieprzywykły do takich aktów czułości, ale chwilę później otoczyłem ją ramieniem, czując, jak bardzo brakowało mi jej przez te wszystkie lata.
Nie, głuptasie – zaśmiała się. Jej śmiech był kolejną rzeczą, która się w niej nie zmieniła. Ten dźwięk był miły dla moich uszu – Chciałam wiedzieć jak radzisz sobie z Michaelem.
Och – mruknąłem, tracąc znowu koncentrację. – Bywało gorzej. Kiedy się go ignoruje, bywa całkiem znośny.
Widzę, że całkiem szybko odkryłeś główny sposób na niego.
Dziewczyna odsunęła się ode mnie i spojrzała na panoramę miasta, która rozciągała się przed nami. Spojrzałem wtedy na nią. Może to banalne, ale wyglądała pięknie, lirycznie.
Meryem, uważaj na niego – wypaliłem. Popatrzyła na mnie z zainteresowaniem. Zawsze wypowiadałem te słowa w stosunku do kolesi, z którymi akurat się spotykała. Nasze spojrzenia się spotkały, uciekłem wzrokiem, a ona uniosła brwi pytająco. Po prostu… – zacząłem, ale przerwałem, dobierając właściwe słowa. – To jest ten typ człowieka, który jednego dnia ma w łóżku jedną pannę, a następnego inna robi mu śniadanie.
Co ty nie powiesz – parsknęła śmiechem, zakrywając usta dłonią. Także się zaśmiałem, od razu załapując, o co jej chodzi. Taka była nasza natura, rozumieliśmy się bez słów. Dobrze było wiedzieć, że niektóre rzeczy się nie zmieniły. Och – zaczęła się głośniej śmiać, a ja dołączyłem do niej. To wcale nie było nieodpowiednie, uczucie zażenowania znikło tak samo szybko, jak się pojawiło.
Mogę cię o coś spytać?
Mów.
Gdzie się poznaliście?
Na koncercie.
Na koncercie? – uniosłem brwi.
Uhm – pokiwała głową. – Mike ma swój zespół. Nie wspominał ci?
Wiesz, my ze sobą nie rozmawiamy.
Spojrzała na mnie rozbawiona.
Okey, rozumiem... – wybuchnęła kolejną falą śmiechu,
Zamarłem. Naprawdę, zamarłem. Przeraziłem się.
Ale to nie tak...
– Oj, przecież wiem!
Zaśmiałem się i ja. Ale bardziej ze swojego przerażenia niż z rozbawienia.
Powiadasz, że spotkaliście się na koncercie?
Tak. Grał wtedy w klubie, w tym samym, w którym my kiedyś... no wiesz. Poszłam tam przez przypadek, nie myśl sobie. Chciałam odreagować. I pojawił się on. Ma wielką radochę z grania, ale nie wróżę mu wielkiej kariery.
Dobrze cię traktuje? – wyskoczyłem z kolejnym niewygodnym pytaniem.
Brad, sam wiesz jak to wygląda. Ściany w tej kawalarce nie są aż takie grube... Jestem przy nim szczęśliwa. – spojrzała mi w oczy. Tak, jak kiedyś. Głęboko, przenikliwie – Tym razem nie kłamię.
Pokiwałem głową.
Nie jestem pewny, o czym rozmawialiśmy przez następną godzinę, ani kiedy odprowadzałem ją do domu, lecz wiedziałam jedno: odzyskałam kogoś ważnego w moim życiu, a to był kolejny krok do odzyskania normalności.

~*~

Od tamtego momentu minęło pół roku. Meryem pojawiła się w moim życiu coraz częściej. Wracaliśmy jednym autobusem – ja z uczelni, ona z pracy. Spotykaliśmy się w wolnych chwilach, a nawet, gdy przychodziła do Michaela, zawsze potrafiliśmy znaleźć chwilkę na zaktualizowanie newsów ze swojego życia. Parę razy natrafiliśmy na siebie na wszelkiego rodzaju imprezach – obracaliśmy się w podobnym kręgu znajomych – a po paru drinkach stawaliśmy się nostalgiczni. Kilka razy nawet, pod wpływem alkoholu, całowaliśmy się. Dobrze wiedzieliśmy, że to nic wielkiego, ona była nadal dziewczyną mojego współlokatora, a moje serce należało do kogoś innego. Tak w każdym razie sądziłem. Walsh stała się częścią mojej egzystencji, cieszyłem się z tego.
Zawsze jednak coś musiało nie pasować w mojej układance życia. Czasami wydawało mi się, że Mike po tych ostro zakrapianych imprezach coś podejrzewał. Wyczytywał to z mojego spojrzenia. Zazwyczaj nic sobie z tego nie robiłem, cieszyłem się nawet, że dodaję mu kolejnego powodu do zmartwień. Wszystko jednak nabrało znaczenia z perspektywy czasu. Tak jak z pomarańczami.
Relacje z nim były w jakiś sposób napięte, po prostu nie potrafiliśmy nadawać na wspólnych falach, nawet rozmawiając o prozaicznych sprawach. Nasze osobowości odpychały się. Czasami jednak jakaś nic porozumienia powoli plotła się między nami. Mogliśmy to zauważyć szczególnie w tych momentach, kiedy jedno wspomnienie przybierało na sile, a wino nadawało pełniejszej barwy krwi pulsującej głośno w żyłach.
Później powstało ich więcej. Tylko w taki sposób mogliśmy się dogadać, co nam odpowiadało. Wreszcie złapaliśmy wspólny język, a nasze niezgodne charaktery idealnie uzupełniały się.

Delson nie był zaskoczony niemożliwością odwrotu. Za sobą miał zimną, chropowatą ścianę; przed sobą – Michaela. Wszystko, co działo się przed ostatnie miesiące, gdy mieszkał w tym zaplutym mieszkaniu przy Stocker Street, prowadziło tylko do tej namiętnej konfrontacji. Każde słowo, szept, krzyk, podtekst. Brad przełknął ślinę, zrobił krok w tył, próbując zyskać na czasie i przewołać do siebie swoje własne jestestwo z czasów, kiedy był gówniarzem skaczącym z kwiatka na kwiatek. Próbował sobie przypomnieć, jak to się robi, aby nie zrobić z siebie kompletnego kretyna. Przez ostatnie lata zmądrzał, powściągnął swoje żądze, zmienił się. Czego nie można było powiedzieć o Shinodzie
Robiąc krok, Brad natrafił na ścianę, zdając sobie sprawę z tej niemal klaustrofobicznej przestrzeni. Przypomniał sobie wzór na obliczenie powierzchni oraz objętości, a potem na miłość. Radość plus Żądza razy Ilość Spędzonych Nocy, podzielić na Zazdrość. Nie potrafił się skupić, wynik nie był jasny.
Mike patrzył na niego, trochę rozbawiony. Właśnie wyszedł z łazienki; spotkali się w tym wąskim, paru metrowym korytarzyku. Pachniał świeżo i apetycznie. Dziwne skojarzenia przychodziły Bradowi na myśl.
– Co ma zrobić ten, kto kocha? – zapytał cicho Delson, cytując jakiś tekst, którego autora i źródła nie potrafił sobie przypomnieć. Skrzywił się słysząc, jak groteskowo to zabrzmiało. Nie chciał, aby to tak brzmiało. Nie w tym momencie.
Niepierwszy raz widział jak Mike uśmiecha się lubieżnie i oblizuje dolną wargę. W tamtym momencie jednak ten gest był preludium do wydarzeń i ich następstw i Bradford dobrze to pojął.
– Niech to powie. A najlepiej pokaże – odparł Michael, szczerząc zęby.
Kilka kropelek wody spływało z jego mokrych włosów, przez grzywkę zawiniętą na czole, po nosie.
Kap, kap, kap.
Brad przełknął ślinę, zimną, jak krople. Czekał na ten moment już od dawana, parę spojrzeń wcześniej i kilka przypadkowych otarć później.
Delson napotkał brązowe oczy współlokatora, które zdawały się płonąć. Ścisnął Michaela za przegub ręki i przyciągnął do siebie. Urywany oddech, realny, ale jak zza ściany. Ciepło bijące od niego. Parę uników zrobionych wzrokiem. Prawa ręka przyklejona do ściany, uniemożliwiająca ucieczkę. Uśmiechy, jak najbardziej śmiałe, pełne godności, instynktu. Brać i nie oddawać. To teraz czuł Brad.
Jego miękkie usta stopiły się po chwili z wargami chłopaka. To była wygrana i przegrana; największa nagroda i najmniejsza kara.


To, co robiliśmy nie biło w porządku. W szczególności nie było fair wobec Walsh. Ale naprawdę wydawało mi się, że Mike to człowiek, który był moim przeznaczeniem. Pociągał mnie, jak nikt przed nim. Lubiłem jego uśmiech, lubiłem jego jęk, kochałem go całego. Nie przeszkadzało mi Pearl Jam ani Nirvana bębniąca z głośników o drugiej w nocy. Jeśli jemu sprawiało to radość, mi też to odpowiadało. Nie denerwowałem się już na niego, kompletnie nie potrafiłem. W jakiś sposób owinął mnie sobie wokół palca, byłem na każde jego zawołanie, a na jego głupstwa patrzyłem z przymrużeniem oka.
Jedyną rażącą myślą, jaka przewijała się w moim kompletnie otępiałym umyśle miłością do Shinody, była jego relacja z Meryem. Chciałem go tylko dla siebie. Bolało mnie jak z nią wychodził, jak myślałem o tym, że teraz właśnie ją całuje, dotyka, jak to właśnie jej ciało wygina się pod nim w łuki.
I bolało mnie, że mogłem być tylko chwilowym skokiem w bok.
Następne cztery miesiąc mojego życia były zbyt szalone. Czasami wydawało mi się, że żyję w grze, z dwoma innymi uczestnikami. Lawirowaliśmy pomiędzy sobą, w dwóch trzecich tego świadomi. Ja widziałem co się dzieje, Mike też doskonale zdawał sobie ze wszystkiego sprawę, tylko Walsh żyła w swojej połowicznej, błogiej nieświadomości. W końcu któreś z nas miało odpaść. Zawsze typowałem Meryem, jako tę najsłabszą. Jednak stało się inaczej.

Rok 2002

Do naszych drzwi wejściowych ktoś zaczął się dobijać. Otworzyłem leniwie oko, właśnie przysnąłem. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jeszcze ciepłego prześcieradła. Michael opuścił to mieszkanie pół godziny temu. Telewizor cicho rzęził na zakurzonej komodzie.
Wygrzebałem się z blado niebieskiej pościeli, pachnącej Shinodą, rozłożonej na tej obrzydliwie pomarańczowej kanapie. Żółta gąbka wychodziła z boku, wyrwałem ją w pośpiechu składając pierzyny i wrzucając je do schowka.
Wyłączyłem telewizor, zebrałem niedopałki i pustą butelkę po winie z szafki, krzycząc, że już otwieram. Wyrzuciłem wszystko do kosza. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, gdy uzyskałem względny porządek. Naciągnąłem spodnie na bokserki i otworzyłem drzwi.
Po drugiej stronie stała Meryem. Przywitała się ze mną, wpuściłem ją do środka. Zapytała, gdzie Michael.
Wyszedł parę chwil temu – wyjaśniłem. Wychyliłem się do tyłu i spojrzałem na zielony zegar – Właściwie to z pół godziny temu. Musieliście się minąć.
Zrobiła zrezygnowaną minę.
Pomyślałam sobie, że wpadnę, bo mam dzisiaj na późniejszą godzinę. Przyniosłam śniadanie.
Dziewczyna miała już ochotę wejść do środka, ale zagrodziłem jej drogę i uśmiechnąłem się zawadiacko.
– Nie ma tak łatwo. Co dostanę w zamian?
Zrobiła znudzoną minę i pomachała mi przed nosem brązową torbą z logo McDonald's.
Na takie warunki mogłem przystać.


Człowiek naprawdę nie potrzebuje wiele, kiedy wydaje mu się, że jest kochany, a jego przyjaciółka siedzi obok niego na wydeptanym, czerwonym dywanie i je udka od kurczaka. Frytki leżały porozrzucane na podłodze, a nas najbardziej zajmowały zabawki. Małe figurki z jakiegoś filmu dla dzieci, jaki właśnie grali w kinach. Czuliśmy się jakbyśmy znowu mieli po siedem lat i chcieli poznawać świat. Jakbyśmy nie wiedzieli, jaki on jest okropny.
Czasami fajnie jest poczuć się jak dziecko.
Opieraliśmy się plecami o kanapę i oglądaliśmy telewizję. Śmieliśmy się z głupich żartów i jeszcze bardziej beznadziejnych historii naszego życia.
Pamiętam jak kiedyś Mike chciał być taki wspaniały i o trzeciej nad ranem próbował upolować muchę – zaczyna się śmiać – ta go wykiwała, a on zaplątał się o kable i wywrócił. Połamał sobie nos. Wyobraź sobie minę lekarza na ostrym dyżurze, gdy mu opisywaliśmy co się stało.
Śmiejemy się, chociaż wzmianka o Shinodzie lekko mnie kuje.
– Ach, ten Mikey – westchnąłem teatralnie, na co dziewczyna roześmiała się jeszcze bardziej.
Po chwili jakby spochmurniała. Otworzyła usta, ale szybko je zamknęła, jakby słowa nie chciały się uformować i przepłynąć przez struny głosowe. Widocznie przypominała sobie coś na tyle ważnego, co miało moc zabierania jej radości.
– Chciałabym powiedzieć... w sumie to... chciałabym kiedyś powiedzieć, że go kocham najbardziej na świecie, ale nie wiem, czy byłaby to prawda...
Pękła bąbelkowa folia szczęścia wokół nas, pomimo tego, że Spongebob nadal serwował kraboburgery. Pyk, pstryk, pyk. Powróciliśmy na ziemię i znów staliśmy się tymi na pozór dorosłymi, zgorzkniałymi ludźmi.
Odwróciłem się w jej stronę, podgiąłem nogi a głowę oparłem na ręce.
Więc w czym tkwi problem?
Byłem w środku lekko rozmontowany.
Wzruszyła ramionami. To nie był jeszcze koniec.
Wyłączyła telewizor.
Całe życie kochałam tylko jednego mężczyznę – wyznała.
Nigdy nie umartwiała się nad sobą w moim towarzystwie. Nie robiła z siebie umęczonej kochanki i dziewczyny cierpiącej z miłości. Właśnie dlatego myślałem, że to wszystko było przeszłością.
W tym momencie strony się przemieściły, zmieniły sojusze, znów się potasowaliśmy, przemieściliśmy o inne oczka. Teraz tylko Mike nie wiedział co się wokół niego dzieje. Z tego wynikało, że tylko ja miałem asy i całą wiedzę – powinienem być o sobie bezpieczny oraz, przy obrobienie szczęścia, mogłem wykupić z banku uczucia. Tylko czyje?
Maryem uciekała wzrokiem. Widziałem jak wodziła nim po jasnym pokoju i lufcie, w którym mieściła się kuchnia. Powiedziała zbyt wiele, a teraz to wszystko ją za bardzo piekło.
Chyba powinnam już spadać – powiedziała w końcu.
Uśmiechnąłem się połowicznie, gdy zbierała tłustą folię po burgerach i papierowe pojemniczki po frytkach. Po chwili wstała i ja zrobiłem to samo.
To nie był instynkt czy impuls czy jeszcze jakieś inne gówno, za jakim kryją się ludzie, gdy robią takie rzeczy. Dobrze wiem co mną wtedy zawładnęło – przede wszystkim wielki wyrzut sumienia. I uczucie. Kochałem ją, jasne, że ją kochałem. Trochę mniej niż ona mnie, ale jednak.
Moje serce zostało podzielone na pół. Jedna część dałaby się pokroić za Michaela, druga za Maryem. Zawsze tak było jest i będzie. Ale serce nie jest równym kwadratem, które da się podzielić na jednakowe kawałki. Ma nieforemny kształt. Większa jego część należała do Maryem.
Do Michaela czułem ogień, który mógł się szybko wypalić; do Wlash pałałem głębszym, długo tlącym się płomieniem.
Położyłem rękę na jej ramieniu, by zwróciła na mnie uwagę; przesunąłem ją do jej szyi, by coś mogła poczuć; obrysowałem kciukiem jej usta, by jeszcze mogła mnie odtrącić. W końcu zrobiłem najbanalniejszą rzecz, o którą tyle hałasu: pocałowałem ją. A potem zrobiłem to jeszcze raz i jeszcze raz.

~*~

Michael wyjechał trzy dni temu.
Wiedziałem, że się domyślił. Czułem to, czułem to przez jego ostatnie, szklane spojrzenie skierowane ku mnie. Uwinął się w parę chwil, po cichu. Zwinął swoje rzeczy, zostawił tylko płyty i karteczkę.
Ha, ta pieprzona, samoprzylepna, żółta karteczka.
Napisał, że wyjeżdża, zostawia wszytko w tyle. Kazał mi wyprowadzić się z mieszkania możliwie jak najszybciej. Klucze miałem zostawić.
Kontakt mi się z nim urwał. Parę miesięcy później przez przypadek dowiedziałem się, że znalazł do swojego zespołu idealnego gitarzystę, jakiego im brakowało a także jeszcze lepszego wokalistę, z mocnym, zachrypniętym wokalem. Nazywał się Chester Bennington i skradł serce Michaelowi. Mam nadzieję, że był z nim szczęśliwy.
Po tym jak pocałowałem Maryem, spotykałem się z nią częściej. Muszę przyznać, że świetnie graliśmy parę. Michael od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Wyraźnie wyczuwałem to w rzadszych kontaktach ze mną i jakimś niewidzialnym dystansie. Shinoda przez dwa tygodnie rozpaczliwie próbował przywłaszczyć sobie Walsh dla siebie. Stawał się niepokojąco zaborczy i boleśnie zazdrosny. Ale tylko do momentu, w którym wykrzyczała mu, że wszystko między nimi się skończyło.
Tak oto potencjalny kandydat do wygranej, który miał wszystko, przegrał z kretesem i został z niczym. Stracił kontrolę i nic nie szło po jego myśli.
Teraz stałem w mieszkaniu przy Stocker Street. Odłożyłem ostrożnie klucze na blat. Chrissie miała pojawić się za piętnaście minut i wszystko sprawdzić. Rozejrzałem się po pustych ścianach. Tyle wspomnień się w nim kryło, tyle niespodzianek i rozczarowań. Odnalazłem tutaj miłość, poznałem ją na nowo.
Wyszedłem na korytarz. Złapałem Maryem za rękę. Bransoletki z szarych kamyczków cicho brzdęknęły.
Nie wiem dokąd nas to wszystko doprowadzi. Gdzie uwijemy spokojne gniazdko i czy w ogóle Maryem Jeanette Walsh jest mi pisana na zawsze. Może spotkam jeszcze kogoś innego, kto zmieni moje życie? Może założę rodzinę? Nie wiem ile będę miał dzieci i czy w gruncie rzeczy stado rozwrzeszczanych bachorów jest mi potrzebne do szczęścia.
Właściwie, to czym jest szczęście? Momentem, w którym wszystko się zaczyna układać, gdy wyrzucasz szóstkę, a każdy twój krok nie pozwala ci wpaść w pułapkę? Gdy zręcznie omijasz przeszkody i zgarniasz karty z napisem: „szansa”?
Spojrzałem na Maryem. Bransoletki już przestały brzęczeć. Jedyne co mi jest potrzebne do szczęścia to miłość. To moja „szansa”.



Wiem, spartaczyłam. Nie było wielkiego, wyniosłego happy endu robionego z pompą i konfetti. Nie było ślubu w Danii i dwójki adoptowanych dzieci. Nie było też smutnego zakończanie, po którym płakalibyście i pociągali nosem, bo oni powinni być razem, a los tak ich rozrzucił. Żaden też nie umarł, nie wpadł po samochód, nie popełnił samobójstwa z powodu nieszczęśliwej miłości. Zepsułam.
Nie była to też tak do końca Delnoda, rozumiana tak, jak większość paringów, bo oni nie zostali ze sobą na wieki. Byli tylko ze sobą chwilę. Eh.
W każdym razie taki obrót sprawy wpadł mi do głowy dość zbawczo, bo pisząc pierwszą część nie wiedziałam co mam dalej robić.
I wiecie co? Jestem zadowolona, że nie wygląda to tak oklepanie. O.

9 komentarzy:

  1. Pp tobie wszystkiego mogę się spodziewać nie zaskoczył mnie przebieg tej części. Jedynie co mnie tak odrobinę zaskoczyło to że na końcu polączylaś Mike i Chestera ale tylko odrobinę.
    Nie wiem co jeszcze napisać bo e sumie nie jak to napisać. Wiesz co ja sądzę o takim paringu.
    Gdybym nawet miała wybór zdecydowani wolę żeby Brad był z Mayer.
    Mike i Brad to taka odskocznis. Dobra nie pisze nic więcej bo nie wiem jak.
    To chyba tyle
    Ściskam mocno i czekam na kolejny

    Mika

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie skomentowalam ci poprzedniego rozdzialu chyba. Wiedzialam, ze cos jest nie tak. xD
    Udalo mi sie przeczytac! I jak zwykle wpadam w dolek, ale nie na dlugo, bo wciaz trzymaja mnie pozytywne emocje po dzisiaj.
    A wiec tak, zaczelabym od poczatku ale zaczne od konca. Z Delnody mamy Bennode, no prosze. Wiedzialam, ze nie bedzie happy end'u. To musialo sie skonczyc e jakis taki tagiczniejszy sposob. I wiesz co? Skonczylo sie tak, jak powinno. Nie wyglada to jak film, gdzie wszystko uklada sie super i mamy dwa wyjscia: albo happy end, dzieci i slub. Albo smierc i rozpacz.
    Tu jest to pokazane tak, jakby to dzialo sie naprawde. W sensie jakbys opisywala histori, ktora wydarzyla sie naprawde.
    Poczatek. Dobra. To teraz od poczatku xD
    Ogolnie samo wprowadzenie do calosci jest super. Poczulam sie jakb byla widzem w kinie i widziala obrazy z dziecinstwa Brada, a w tle slychac jego glos opowiadajacy o wszystkim.
    Tak wiele rzeczy mi sie tu podoba, ojeju. Samo to jak Brad przedstawia Meryem. I to wszystko z nia zwiazne.
    A Mike to dupek.
    Tak tez myslalam. Mike jest dupkiem. Nie lubie go, ale jest fajny. (I ma cycki)
    Kiedys dziwnie bym do tego podeszla pewnie, ale ze od jakiegos czasu sama pisze opowiadania o zwiazkach dwoch mezczyzn to mi sie baaardzo podoba *lenny face*
    Zwiazek Brada i Mike'a. Moge to tak nazywac? Chyba tak. Krotki, ale... Kurcze, niby malo opisane, malo tego i tamtego, ale gdyby bylo cos wiecej to by nie pasowalo. Malo ale idealnie. Mozna tak?
    Najwyrazniej mozna.
    *Staram sie pisac bardzo ladny komentarz*
    Musze sie cofnac i zobaczyc czy nic nie pominelam. O, wiem.
    Jeszcze propo zakonczenia. To podoba mi sie to, ze nie ma w tym wielkiego cierpienia, w sensie... No rozumiesz. Takiego typowo dramatycznego. Jest zwyczajne, takie idealnie sie wpasowujace.
    Dobra. To chyba tyle. Poprzedni komentarz nadrobie jeszcze, tylko nie potrafie powiedziec ci kiedy xD
    Trzymaj sie! B)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciągle sobie obiecuję, że zajrzę tu i poczytam i tak ehh... ciągle coś :< Normalni ludzie w wakacje mają dużo czasu, tylko ja jakaś walnięta, latam w te i z powrotem, zamiast usiąść i porządne blogi poczytać...
    No, ale dobra wiadomość jest taka, że u mnie WRESZCIE nowy rozdział. Zapraszam w wolnej chwili :<

    OdpowiedzUsuń
  4. PODOBA MI SIĘ. NAJLEPSZE PORÓWNANIE Z POMARAŃCZAMI. NIECH CHOCIAŻ TE TRZY ZDANIA SIĘ OPUBLIKUJĄ.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam to chyba dziesiąty raz. Bo nie zniknęłam tak całkowicie. Cały czas się jakoś o te blogi ocierałam, niezdolna do zebrania myśli i ogarnięcia się. Miałam pracowity, dość zagmatwany okres (znowu) i nawaliłam (znowu). Ale powracam, a napisanie tutaj komentarza (wreszcie!) potraktuję jako pierwszy kroczek do przodu. No.

    Na początku po raz kolejny wyrażę swoje ubolewanie, że ta Delnoda nie jest Bennodą, bo już z góry nie potraktowałam tego tekstu tak bardzo "poważnie". A fabuła bardzo mnie zadowoliła; nie czytałam jeszcze niczego takiego. Wszelkie próby uczynienia z Mike'a niegrzecznego chłopca kończyły się zwykle dopasowaniem mu jedynie "groźnych" atrybutów fuck boy'a takich jak papierosy, wino, jakiś tam błysk w oku i drapieżny uśmiech. W twojego zdradzającego, kochliwego Michaela uwierzyłam; był pełnokrwisty. Dużo gorzej wypadła Maryem. Przez większą część wydawała mi się po prostu przygłupia. Najbardziej irytował mnie jej śmiech. Aż słyszałam go w głowie; taki chichotliwy i bezsensowny. Brad... Brad jest zwykle "trzecim najrozsądniejszym" (po Mike'u i Chesterze), a tutaj taki był... nie wiem. Miałki. W pierwszej części szukał sobie kogoś do zaliczenia, później tak bardzo się bał, gdy Shinoda naszedł go w korytarzu (btw ładna scena, bardzo fajnie opisana). Oczywiście tak, rozumiem, istnieją różnorakie płaszczyzny osobowości, niezbadane są wyroki boskie i takie tam. Brakuje mi tu jednak spójności, którą ty pewnie jako twórca dostrzec potrafisz, bo zupełnie inaczej definiujesz zachowania swoich bohaterów. Wyjaśniłaś w końcu ogólne rozbicie Brada w tamtej chwili i zrobiłaś to wyjątkowo dobrze, o czym wspomnę pewnie dalej, ale chodzi mi tu o dużą przerwę pomiędzy tym wyjaśnieniem a tym, czego ono dotyczy. Nie wiem, czy zrozumiesz, o co mi chodzi. Tak czy inaczej coś tu zgrzytało.

    Ogólnie akcja jest dość wartka, nie spowalniają i nie ociężają jej liczne opisy i liryczne porównania. Wyraźne "tąpnięcie" poczułam jednak w momencie "Kochałem ją, jasne, że ją kochałem. Trochę mniej niż ona mnie, ale jednak.
    Moje serce zostało podzielone na pół. Jedna część dałaby się pokroić za Michaela, druga za Maryem. Zawsze tak było jest i będzie. Ale serce nie jest równym kwadratem, które da się podzielić na jednakowe kawałki. Ma nieforemny kształt. Większa jego część należała do Maryem." Trochę to łopatologiczne i takie... niespodziewane. To znaczy mogliśmy się tego domyślać, dla wielu taki rozwój wydarzeń mógł się ponadto wydać oczywisty, ale rozpatruję to poniekąd z perspektywy samego Brada, jako iż to on jest narratorem. Dochodzi on bowiem do wniosku, że jednak kocha swoją przyjaciółkę bardziej, tak nagle. Wcześniej nie dawał bardzo wyraźnych sygnałów, dzięki którym moglibyśmy poczuć, że ta kwestia mocno go zastanawia, że jest skołowany i nie umie się określić. No. Także tutaj minusik.

    Ciąg dalszy w drugim komentarzu, bo mnie tu ograniczają ilością znaków.

    OdpowiedzUsuń
  6. druga część:

    Moje poprzedniczki wspominały o tych pomarańczach, więc może ja też coś powiem. Według mnie były jednym ze słabszych elementów tekstu. Rozumiem istotę takich porównań. Bardzo impresyjne dla autora, takie głębokie i logiczne. Gdyby się jednak nad nimi zastanowić, robią się średnio sensowne i mi osobiście przypominają nieco skróty myślowe. Bo dość absurdalną sytuacją jest to, że w ciągu kilku sekund zapłakana dziewczyna dopisze sobie w myślach smutną i poruszającą bajeczkę o emocjach, widząc upadające na podłogę pomarańcze.

    Co do samego zakończenia, na które narzekałaś tam na dole: jest bardzo dobre. Nie ma zbytniego dramatyzmu, nie ma niewytłumaczonych wątków pozbawionych rozwiązania, przejaskrawionej sielanki. Jest super.

    Jeszcze parę fragmentów, które przykuły moją uwagę. "Czekał na ten moment już od dawana, parę spojrzeń wcześniej i kilka przypadkowych otarć później." - jakie to jest obrazowe, chętnie ukradłabym to i przypisała sobie. "Brad przełknął ślinę, zrobił krok w tył, próbując zyskać na czasie i przewołać do siebie swoje własne jestestwo z czasów, kiedy był gówniarzem skaczącym z kwiatka na kwiatek. Próbował sobie przypomnieć, jak to się robi, aby nie zrobić z siebie kompletnego kretyna. Przez ostatnie lata zmądrzał, powściągnął swoje żądze, zmienił się." - mówiłam o tym wcześniej. Dobrze rozegrane; dużo jasnej i łatwej do zrozumienia, obrazowej (powtórzenia <3) treści ładnie zamkniętej w krótkim fragmencie. "Byłem w środku lekko rozmontowany." - skojarzyło mi się mocno z "Mrokami" Borszewicza i urzekło ze względu na fajne wyróżnienie w tekście, tj. zdanie pojedyncze w gąszczu wielokrotnie złożonych, dobrze umieszczone. Jejku.

    Co by tu rzec na koniec.. Zdałaś. Wyjątkowo poprawne zamknięcie historii, które mi się spodobało. Czekam na rozdział właściwego opowiadania (też dawno nie pisałaś, hm). Informuj mnie, rzecz jasna. Nawet jak nic nie napiszę w najbliższym czasie, to wiedz, że byłam i przeczytałam. Dzięki i w ogóle.

    Weny, bo czego jeszcze? No, czasu może. Więc weny i czasu.

    PS - Mam nadzieję, że to, co napisałam, ma jakiś sens i że nie ma tu tak wiele błędów, jak myślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. n a p i s a ł a m r o z d z i a ł

      Usuń
    2. (btw, jezu, "Walls" mnie wcześniej nie ujęło, dopiero tutaj, na tym blogu)

      Usuń
  7. Wątek z pomarańczami jakoś wyjątkowo mnie rozbawił :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarz to największa motywacja dla autora, nawet ten niepochlebny. Za wszystkie bardzo szczerze dziękuję.