wtorek, 2 maja 2017

Chłopiec do bicia

Rozdział szesnasty
Chłopiec do bicia


Przez te dwa lata Michael próbował odbudować zaufanie swojej żony i zapomnieć o zdradzieckim zapachu włosów Frances, co udawało mu się sukcesywnie. Starał się też uczestniczyć aktywnie w początkowym rozwoju Louisa. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak trudnym zajęciem jest opieka nad dzieckiem. Otisem zajmował się tylko chwilę, dość nieudolnie – potem zbyt bardzo był zajęty ratowaniem swojego zespołu, kłótniami z żoną i chwilowymi, ale burzliwymi romansami. Bardzo żałował, iż nie słyszał pierwszych słów swojego dziecka, ani, że nie widział jego małych, koślawych kroczków. Teraz nie chciał popełnić tego błędu.
Brada zaś jeszcze bardziej zajęły sprawy domowe. Wpadł w rutynę, ale była to rutyna, o jakiej zawsze marzył. Wstawał rano, witał się z żoną, szykował śniadanie dla córek, a potem odwoził je do szkół. Następnie zajeżdżał do swojego sklepu z płytami i strofował pracowników. Wracał do domu po południu, a po kolacji pomagał dzieciom w pracach domowych. W soboty i niedziele zawsze znajdywał czas, aby spędzić wspaniałe chwile ze swoimi najbliższymi. Wyjmował wtedy z pokrowca gitarę, ścierał z niej cienką warstwę kurzu i grał to, czego nauczył się wieki temu. Często wpadał też do Mike'a, będąc w roli najlepszego przyjaciela.
O Robercie nikt nie słyszał. Zniknął, zapadł się pod ziemię, jakby nigdy nie istniał. Nie kontaktował się z nikim. Od kiedy pojął, że Marilyn Jean Markley jest największą pomyłką jego życia, a ich związek miał w sobie więcej toksyn niż dym z fabryk na obrzeżach Los Angeles, postanowił wymienić swoje życie na nowe.
Na początku wyprowadził się z rodzinnego miasta od razu po kłótni z Marylin. Nic go już
wtedy nie trzymało: rozpad zespołu był tylko kwestią czasu. Wsiadł do samochodu, rzucając obok siebie laptop i telefon – dwa sprzęty, które później roztrzaskał o kamieniste zbocze klifu, czując, że wreszcie odciął się od wszystkiego. Zaszył się w małej rybnej mieścinie przy oceanie spokojnym, aby móc oddać się swoim innym, dwóm wielkim pasjom: serfowaniu i oglądaniu MTV. Oglądanie telewizji jednak szybko mu się znudziło – często pojawiał się tam ze swoim zespołem, czego miał dosyć, a i Britney Spears, na którą lubił tylko i wyłącznie patrzeć, pokazywano coraz mniej.
Niedługo miał zamiar powrócić na chwilę do Los Angeles, będąc jak najbardziej niezauważalny. Wkroczyć do swojego miasta, z głową pełną świetlistej przyszłości w Barcelonie. Jego plany jednak się nie ziszczą, ale póki co Robert o tym nie wiedział.
Z Chesterem los nie obszedł się tak delikatnie. Nie miał tyle szczęścia, co jego koledzy z kapeli. Gdy rozpadł się zespół, był niewzruszony. Gdy zostawiła go żona, wydawało mu się, że pozbył się ciężaru. Gdy opuściła go Marylin, wtedy dopiero mógł czuć się zdruzgotany i wykorzystany.

2008 rok.

– Wiedziałem, że tutaj przyjedziesz, miałem przeczucie.
– To było oczywiste, co nie?
– Zważywszy na te wszystkie nagłówki gazet, tak. A więc jak się czujesz?
Chester ścisnął ucho od czerwonego kubka z zimną herbatą. Rozsiadł się wygodniej, trochę bezczelnie na wiklinowym krześle. Chciał wyciągnąć nogi, ale zaniechał tego pomysły. Balkon nie był aż tak szeroki; ograniczała go biała barierka. Popołudniowe, arizonowe, palące i bardzo jasne słońce świeciło im prosto w twarz.
– A jak myślisz? Ty powinieneś wiedzieć najlepiej. Chyba przywykłem do tego, że jestem sam. Zawsze byłem sam... – Przygryzł na chwilę wargę. Wziął łyk herbaty, po czym dokończył: – No, ale teraz pojawiło się dziecko.

Po rozprawie rozwodowej trwającej piętnaście minut, Chester wyszedł z sali sądowej i szarpnął za niebieski krawat. Oparł się o ścianę, nic go już z nikim nie łączyło. Niedbale włożył rękę do kieszeni, czuł chłód bijący od cegieł. Oddychał spokojnie.
Z pomieszczenia wyszła Samantha – była jak zbliżające się tsunami. Nie owijała w bawełnę, nie przywitała się nawet, a tylko oznajmiła beznamiętnie:
– Będziesz ojcem.
Chester wyprostował się gwałtownie, podniósł go góry brew w niedowierzaniu. Spojrzał na jej zaczerwienione policzki. Ciemne oczy podkreślone czarną i oleistą kredką wpatrywały się w niego w oczekiwaniu. Nie odpowiedział, korytarz powoli opustoszał, ktoś zatrzasnął drzwi.
– Aha, rozumiem – powiedziała i wyprostowała się – przecież czego innego mogłabym się spodziewać...
Chester poczuł się nagle przytłoczony. Do autobusu jego życia miał wsiąść nowy pasażer i zostać w nim na sam koniec trasy, a on musiał wybrać, czy akurat ten przystanek będzie czynny dla wszystkich, czy może nagle zmieni trasę i zarządzi objazd. Aktualnie Chester chciał nacisnąć stop i wysiąść na żądanie.
Kobieta odwróciła się, chcąc odejść.
Zaczekaj... – powiedział szybko Chester. Przystanęła. Wpatrywał się w jej plecy – Chcę uczestniczyć w jego życiu.

Chester podniósł do góry swoje ciemnobrązowe oczy, aby napotkać takie same, mające ten sam odcień, obwódki, oraz małe wyburzające wulkany, buzujące wiry i promienie kierujące się w głąb ciemnej źrenicy.
To niesamowite, jaka nadzwyczajna więź może być między bliźniakami. Dokonują podobnych wyborów, mają te same talenty, podobają im się podobne do siebie dziewczyny. A co najważniejsze: rozumieją się bez słów i na odległość.
Charlie wyczuwał zdenerwowanie brata. Sytuacja w której się znajdował nie była codzienna. Siłą powstrzymywał się od kompulsywnych drgnięć prawej strony wargi.
Z głębi domu, Chestera dobiegały odgłosy rozmów jego bratanków i bratanek. Charlie miał adoptowaną parę dzieci, jednego syna z poprzedniego małżeństwa i kolejnego z drugą, piękną żoną, a także dwie bliźniaczki, które jeszcze nic nie rozumiejąc gaworzyły w kołyskach.
Czasami Chester myślał, że to wszystko powinno należeć do niego. Że ktoś na górze zrobił mu okropny żart dzieląc jego duszę na dwie cześć i oblekając ją osobnymi ciałami. Powinien być i dobry i zły; mieć szczęście i nieszczęście. On zawsze był tym gorszym – oddalił się od Boga, za dużo przeklinał, szlajał się po podejrzanych miejscach i pałał zamiłowaniem do tatuaży. To Charlie był wzorowym uczniem, więcej zdobył stopni jako skaut, ukochanym dzieckiem i przykładnym protestantem. Niesprawiedliwe było to, że z góry założono, iż Chester Charles Bennington nie mógłby pomieścić w sobie tylu sprzeczności. Jemu widocznie rozdały się najgorsze karty w kasynie życia. Charlie miał asy, on tylko pluty.
Jak czuje się Sam? – zapytał brat.
Chester zacisnął powieki i odchylił głowę do tyłu.
– Chyba dobrze – mruknął i wzruszył ramionami – Nie mogę tego pojąć, naprawdę nie mogę tego pojąć. Będę ojcem, cholera jasna, będę ojcem. – Otworzył gwałtownie oczy.
Niebo było bezchmurne.

Dwudziesty piąty lutego 2010 roku.

Od kiedy Anthony wyprowadził się z rodzinnego miasta, jego istnienie stało się światu doskonale obojętne. Żadnych telefonów od ojca, brak pretensji od matki. W otulającej go ciszy czasami tęsknił za przeszłością, bo zdawał sobie z tego sprawę, że tylko ją utracił bezpowrotnie. Wspominał też swoje dzieciństwo, zdarty film, prywatny mit pamięci. I za nim też ciągła się nostalgia, chociaż było ono bardziej pasmem udręk niż wiekiem niewinności. Z tego powodu Barrow nie był do końca pewny, czy zaistniało. Mając trzydzieści pięć lat dostał marmurkowy list wypełniony po krańce pochyłym pismem jego matki. Los tym sposobem postanowił postawić wielki, czarny, atramentowy iks na jego dziecięcych latach, które jednak były.
Anthony'ego dopadło niewyobrażalne zdenerwowanie. Roztaczało się w jego wnętrzu zimnym niepokojem, tłukło po tkankach jak wypuszczony groch z opakowania. Laura nic nie mogła na to poradzić. Nie dział aksamit jej głosu uchodzący ciepłą parą, nie pomagał prąd dotyku. Nawet herbata z uspokajającymi zielonymi listkami wychodziła ze swojej roli.
– Nie jestem przygotowany na to, żeby oni tutaj przyjeżdżali – wyznał Anthony zapinając koszulę– to zbyt szybko.
– Minęło parę lat. – odparła Laura szukając kolczyków.
– To nie zmienia faktu, że nie chcę ich widzieć.
Błyskotki grzechotały w szkatułce.
– Będzie dobrze.
– Czy jeżeli powiem, że nic mnie już z nimi nie łączy, okażę się wyrodnym synem?
– Tak, raczej tak.
– To w takim razie muszę udawać, że nadal ich kocham... Ale czy mi się nie należy zranienie ich chociaż raz?
Tamtego dnia dwa światy stopiły się w jedno, sprzężone mroźnym powietrzem. Laura pokonując wysokie zaspy przemoczyła buty do rajstop i płaszcz do kolan. Coś zaczynało kręcić ją w nosie, gdy przemierzała ostatnie fragmenty drogi z nadzieją, że ogrzeje się w ciepłym domu.
Zamknęła furtkę zauważając, że skrzynka na listy była przekrzywiona. Poprawiła ją i domknęła, by padający śnieg nie wleciał do środka. Nie zdziwiły ją otwarte na oścież drzwi wejściowe. Wiedziała, że Anthony jest w domu, grafik jego dyżurów znała na wylot, a tylko czwartek był tym dniem, w którym to on wcześniej pojawiał się w mieszkaniu. Pomyślała, w pierwszej chwili, że mężczyzna mógł wypakowywać zakupy z bagażnika i przenosić je do kuchni, albo wietrzyć mieszkanie z oparów spalonej w piekarniku pieczeni.
Cień niepokoju spoczął na niej dopiero w momencie, w którym przekroczyła próg zaziębionego domu. Mała, sypka górka śniegu powstała na dywanie, rozwiała się pod wpływem wiatru, który dął coraz silniej. W pośpiechu pokonała przedpokój, zajrzała do kuchni, w końcu do salonu. Buty jej zaciążyły, jakby woda w nich momentalnie zamarzła. Nie mogła postawić kolejnego kroku.
Wiatr podrygiwał dokumenty pełzające po jasnych panelach, poganiał je do szybszego poruszania się, zaganiał pod szafki. Bordowe zasłonki wydymały się jak żagle. Szafka, na której kiedyś stały różne buble, świeciła pustką – wszystko leżało na podłodze, zmiecione w furii. Kawałki wazonu świeciły z przewróconego fotela; kwiatki, jak talia kart, rozłożyły się na stoliku.
Na poprzek popchniętej kanapie siedział Anthony. W prawej ręce ściskał jakąś kartkę, zaś z drugiej, zaciśniętej dłoni, ciekła mała stróżka krwi, jak koralowy sznur.
Laura zakryła ręką usta. Wtedy mężczyzna podniósł głowę. Spojrzał na nią obco. Powiedział beznamiętnie, powoli:
– Daj mi chwilę, zaraz to posprzątam.
W jakiś sposób to zmusiło Laurę do ruchu.
Pozamykała drzwi, podkręciła kaloryfer. Z szafy wyjęła najgrubszy koc jaki był w domu i okryła nim mężczyznę, który dygotał z zimna. Miał na sobie tylko cienką koszulkę. Usiadła obok niego na kanapie i zaczęła opatrywać mu rękę. W głowie kłębiły jej się miliony pytań, ale czekała aż sam zacznie mówić.
Polała ranę wodą utlenioną. Syknął.
– Trzeba będzie szyć?
– Nie wiem, to ty tutaj jesteś lekarzem.
– Naprawdę nigdy nie chciałem nim być...
Spojrzała na niego, on tylko zacisnął usta w cienką kreskę. Dokończyła zawijać bandażem rękę. Anthony podał jej zgniecioną kulkę z papieru. Rozprostowała kartkę i zaczęła czytać.
– Wiesz, tutaj nawet nie chodzi o to, że chcą tu przyjechać... – zaczął gdy skończyła – Nie o to się tak zdenerwowałem, nie dlatego byłem w stanie roznieść ten dom w drobny pył. Chodzi mi przede wszystkim o to, że ja już ułożyłem sobie życie. Wreszcie znalazłem swoje miejsce na tym świecie, gdzie pasuję. – całą ręką przetarł twarz, jakby chciał ją obmyć – To tutaj zdałem sobie sprawę tak naprawdę jak bardzo ich nienawidzę, za zniszczone dzieciństwo, za życie pod nich. Tutaj jestem od nich niezależny... – zacisnął palce po obydwu stronach nosa i zaczął mówić dalej, tłumaczącym się tonem. – Ojciec potrafił mnie bić tak, że nie zostawiał śladów. Zazdrościłem kolegom w szkole, że u nich czasami coś było widać. Wzbudzali tym litość, nade mną nikt się nie litował. Pręgi automatycznie pojawiały się u mnie na psychice. Teraz jest ich tam za wiele. Ojciec biciem chciał mnie wychować na porządnego człowieka. I może trochę mu się to udało, kończyłem szkoły z dobrymi ocenami. Późnej przelał we mnie rodzinne tradycje. Jeden z najlepszych dyplomów na uniwersytecie medycznym, wyobrażasz sobie? – parsknął. – Najgorsze jest to, że przez ten cały czas powtarzałem sobie, że nie chcę być taki jak on... A jestem. Nawet zęby myję jak on, porządnie, do krwi...
– Nigdy mi o tym nie wspominałeś – szepnęła.
– W końcu dostałem w spadku ten dom i mogłem się wreszcie wyrwać, odciąć się od nich. Zabolało to ich, jestem tego pewien... Relacje z ludźmi też budowałem pod rodziców. Grace była moim osobistym buntem, ale na niej się przejechałem... To, że robiłem te uniki względem ciebie, Lauro, też nie było do końca moim osobistym wyborem. Ciągle bałem się czy cię zaakceptują, w końcu uznałem, że tutaj ich nie ma, ale teraz oni chcą się tu dostać. Zburzyć to wszystko. Nie chcę tego.
– Nic nie zburzą... Wydaje mi się, że te fundamenty są za mocne... – Przybliżyła swoje czoło do jego i pogłaskała go po policzku – może to ostatni zakręt. Potem już tylko prosta.
Anthony zawsze myślał, że jeżeli komuś opowie o swoim dzieciństwie, to wszystko z niego ujdzie, tak przecież zawsze bywało w książkach, w tym świecie, do którego uciekał. Nie poczuł jednak ulgi, a kiwnął tylko wątpliwie głową.


Laura już kiedyś znajdywała się w takiej sytuacji. Miała wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat. To rodzice Wakefelda się uparli, by ją poznać. Byli mili, sympatyczni, i ona uśmiechała się do nich tak samo promieniście, pomimo tego, że Mark pod stołem próbował dobrać się do jej majtek. Dzisiejsze spotkanie z rodzicami Barrowa przypominało jej trochę zaciśniętą w żelazny uścisk dłoń Wakefielda na jej udzie.
Siedzieli przy świątecznie zastawionym stole. Z indyka unosiła się para, Bordowa serwetka znów odgięła się i opadła na biały obrus. Kilka kurtuazyjnych uśmiechów, perłowe kolczyki matki Anthony'ego zadygotały. Naszyjnik od kompletu uniósł się na jej obojczykach, kiedy kobieta uśmiechnęła się trochę wymuszenie. Jej mąż siedział obok posępny.
Beatrice i Thomas Barrowowie, największa bolączka ich dziecka.
Dźwięk przeżuwania jedzenia i krojenia posiłku był o tyle znośny o ile nie trzeba było angażować się w większą rozmowę. Laurze zdawało się, że cokolwiek by nie powiedziała, odpowiedź nie brzmiałaby tak, jakby oczekiwali tego rodzice mężczyzny. Po jakimś czasie przestała w ogóle się odzywać, by nie zrobić z siebie kretynki. Najbardziej przeszkadzał jej ten rejestrujący każdy jej gest wzrok Beatrice.
Anthony trzymał się dobrze. Nie bolały go uszczypliwości matki na temat tego, Thomas mając tyle lat co on dokonał więcej. Nie interesowało go, że powinien już dać rodzicom wnuki. Laura jako obserwator z boku mogła stwierdzić, że za każdą uszczypliwością Anthony odpowiadał bardziej sarkastycznie oraz cynicznie. Beatrice akceptowała takie odpowiedzi, bo wiedziała, że jej syn był taki od zawsze; ojciec nie mógł tego znieść w sobie, bo miał wrażenie, że obserwuje siebie.
Anthony zmierzał się z Bogiem Ojcem za każdym razem gdy na szpitalnym stole umierał mu pacjent. Bóg miał różne oblicza: karzące, uczące, posępne i wszechwiedzące, władcze i niedostępne, nieporuszone, niewidzialne, zakazujące, nakazujące. Był stwórcą i niszczycielem. Mężczyzna potrafił go pojąć, a pomimo tego nie mógł zrozumieć swojego własnego ojca, jaki w swoim zachowaniu miał takie same motywy. Nie mógł też na niego patrzeć – niegdyś bardziej z wyglądu przypominający matkę, dzisiaj idący w ślad Thomasa.
Obiad, chociaż smaczny, stawał kołkiem w gardle. Prawie doszło do kłótni między Barrowem a jego matką. Ojciec wtrącał coś pół słówkami, a Laura czuła się nie potrzebna. Każde jej próby złagodzenia sytuacji kończyły się wrogim i zimnym spojrzeniem kobiety. Raczej jej nie polubiła, a nawet mogła stwierdzić, że coś jej nie pasowało w tym, jak Jones posługiwała się sztućcami.
Po półtorej godziny cyniczności Anthony'ego, jego rodzice postanowili wrócić do Kaliforini, o wiele cieplejszej i przyjaźniejszej, kłamiąc, że oczywiście jeszcze kiedyś przyjadą w odwiedziny. Tak naprawdę wiedzieli, że ich syn już nie należy do nich. Anthony też to pojmował i bolało go to gdzieś w sercu, ale tylko kuło w małym fragmencie, prawie nie zauważalnie, aż w końcu po czasie zniknęło.
Od tamtej pory stał się dla świata znowu doskonale obojętny.

Trzynasty maja 2010 roku.

Zakręciło się Laurze w głowie. Oparła się o różowe płytki łazienkowe, przyjemnie chłodne, by nie stracić równowagi. Zakryła sobie ręką usta, żeby zbyt głośno nie pisnąć. Albo krzyknąć. W pierwszej chwili zrobiłaby to z radości, bo oto test ciążowy jaki trzymała w ręku pokazał wynik pozytywny. Chciała mieć dziecko, naprawdę już od dawna tego pragnęła.
Coś musiało pójść nie tak. Jakieś zabezpieczenie nie podziałało. Tak, to na pewno jej wina, przypomniała sobie, że dzień wcześniej nie wzięła tabletki. A Tony tak bardzo nalegał... Zaryzykowali.
Ale to nie ważne. Naprawdę, to mało ważne. To najmniejszy problem. Będzie miała d z i e c k o.
Musi o tym jak najszybciej powiedzieć Anthony'emu. Nie wytrzyma do jego powrotu z pracy, chyba zadzwoni do niego w przerwie na lunch.
Właśnie, Anthony...
Laura momentalnie pobladła. O ile wcześniej jej policzki miały kolor kafelków, w tym momencie stały się kredowo białe.
Jak znając jego przeszłość, miała mu powiedzieć, że zostanie ojcem?
On tak bardzo się tego bał, jak niczego innego...





Chyba powracam, czuję mrowienie w palcach, dostosowuję rozłożenie rąk do klawiatury. Miłość do pisania we mnie ponownie została tchnięta. Mam nadzieję, że to nie zauroczenie, a prawdziwe uczucie. W przeciwnym razie, nie zakończę tego opowiadania.
Trudno mi było przebrnąć przez ten aspekt w tym opowiadaniu, ale wreszcie się udało. Teraz już będzie z górki. Rozdział pisany trochę na rozgrzewkę.
Doszły do mnie słuchy, że na naszej blogosferze wieje pustkami. To przykre.



6 komentarzy:

  1. Moja ciekawość wzięła nade mną górę i musiałam zajrzeć i przeczytać pomimo że źle się czuję (ale to nie ważne) muszę skomentować.
    Wiesz jak bardzo mnie ucieszyła że pojawił się rozdział niezmiernie mnie tym uszczęśliwiłaś. Dobrze wiesz jak bardzo uwielbiam twoje opowiadania.
    Dobrze ale xo do rozdziału. Jest naprawdę bardzo fajny.
    Kwestia chłopaków no cóż spodziewam się po tobie że tak to odpiszesz. Cały czas się powstrzymuje by tego nie powiedzieć.
    Mike ojcem idealnym nie jest wręcz beznadziejnym. Ale chce zmiany.
    Wreszcie wyjaśniłaś co się stało z Rob'm cały czas zastanawiał mnie ten fakt.
    Rodzinne spotkanie nie udane ale to było do przewidzenia.
    Laura jest w ciąży. Super. Ale z tego co pamiętam to ona ma już bliźniaczki. Tego nie jestem pewna
    Dobra kończę bo pisze nie pokolei i jak nie ja.
    Idę się odpoczywać.
    I cieszę się że postanowiłaś na nowo pisać i że wreszcie wróciła ci wena i byłaś w stanie coś napisać. Będę czekać z niecierpliwością na kolejny.
    I co do bloggera jest aktywny raz na jakiś czas jakieś pojedyncze osoby. W sumie ci o tym wspominałam.
    Ściskam mocno i czekam na next

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka, sprawa z dziećmi Laury wygląda tak, że owszem, był taki plan, ale jednak z niego zrezygnowałam, mam teraz mały mętlik, ale jestem pewna na 90 procent że nigdzie nie pisałam wcześniej o jej żadnych dzieciach, w tym rozdziale jest pierwszy taki raz.
      Muszę to sprawdzić, dziękuję za komentarz :))))

      Usuń
  2. AAAAAAAA! Jestem. Trochę zniknęłam, no. Geez, ja już nawet maila nie sprawdzam. Dzisiaj zakładałam twittera, więc byłam zmuszona. No i wchodzę a tam powiadomienie o komentarzu od ciebie. Ach! Blog uciekł mi trochę z głowy; tho pisałam dużo, bardzo dużo iiiii widzę, że ty też. Bo kurczę, mam wrażenie, że ten tekst jest na milion procent wyższym poziomie niż poprzednie rozdziały. Porównania są bardzo trafne, metafory wyjątkowo ciekawe; świetnie "nazywają nienazwane" no i coś, co pewnie kiedyś ci pisałam: świetne obserwacje. Perły unoszące się na obojczykach, zaciskanie palców na uchu kubka. Świetne. Każdy z nas tego doświadcza każdego dnia, ale z jakiegoś powodu to przegapiamy. Co dziwne, bo hej, to dzięki tym malutkim elementom rzeczywistość jest taka, jaka jest. Anyway: wow. Jestem trochę nie w temacie - jak zwykle - bo średnio pamiętam, o co chodziło i dlaczego sprawy mają się teraz tak, a nie inaczej. Może mogłabyś mi tak szybciutko wyjaśnić??? Jeśli chcesz.
    Mmmmm... co by tu jeszcze... Na pewno informuj mnie, jeśli coś się tu pojawi. Wpadnę. A co do mojego bloga... Nowy rozdział jest prawie skończony, wiesz? Akcja przemyślana. Ale ostatnio siedziałam nad nim w grudniu. Tak czy inaczej natchnęłaś mnie do zmartwychwstania. Życz mi powodzenia! Może jeszcze na dniach coś tam dodam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja droga, mów mi co ci mam wytłumaczyć i podaj mi koniecznie twittera :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chester był z marylin? jak się dokładnie rozpadło lp i małżeństwo mike'a? co z tą siostrą emily? ona była z michaelem czy mi się wydaje? kiedy mike i emily ostatnio się kontaktowali? i jeszcze jakieś istotne zależności, jeśli są.

      no i, ziom, ten twitter został założony tylko dlatego, że moja znajoma na bieżąco tweetuje o sesji RPG w uniwersum High School Musical, w której biorę udział także i ja. Więc z mojej strony tweetów nie oczekuj. Anyway jestem m_zurka. A ta znajoma to dearHadrian. Jeśli HSM to twój guilty pleasure to zapraszam na hasztag #HSMRPG :>>>

      Usuń
    2. OMG, dobra, od początku: Chester kręcił z Marylin, właściwie to razem zażywali różne specyfiki i to ich łączyło najbardziej. Małżeństwo i zespół rozpadł się przez to, że Mike wrzucił się w wir pracy nad Fort Minor, dodatkowo każdy z chłopaków miał swoje problemy, ponad to Mike'a małżeństwo trochę nudziło.
      Emily nie była z Michaelem i nigdy nie było takiego zamiaru :)
      Odpisuję w skrócie i trochę późno,tak czy siak ta odpowiedź uświadomiła mi tylko jak wielką operę mydlaną naprodukowałam. Ale już zaraz będzie koniec. :)

      Usuń

Komentarz to największa motywacja dla autora, nawet ten niepochlebny. Za wszystkie bardzo szczerze dziękuję.