czwartek, 20 sierpnia 2015

Ulotne jak szczęście

Rozdział piąty
Ulotne jak szczęście



Dwudziesty siódmy czerwca 1997 roku.


Późnym wieczorem Laura usiadła na łóżku w siadzie skrzyżnym. Duża lampa słabym światłem oświetlała mały pokój. Kilka kolorowych lampek ukradzionych z domowej choinki dumnie błyszczało nad biurkiem. 
Michael przyglądał się z wielką dokładnością zdjęciom na komodzie. Kilka ujęć Laury z przyjaciółkami i z rodziną. Ramki pełne wspomnień i sentymentu. 
Jones przygryzła dolną wargę, po czym wypaliła:
- Zakochałeś się kiedyś?
Michael namyślał się przez chwilę. Spojrzał w granatowe niebo, które zdawało się być mniej odległe z dziesiątego piętra kamienicy, w której mieszkała Jones. Odpowiedź, mimo swej banalności, wydawała się być trudna. Wolno, z opóźnieniem, mozolnie, z jego ust padła odpowiedź: 
- Tak... - pokiwał głową. - Ale to były stare dzieje – dodał szybko.
Skoro były to tak stare dzieje, to dlaczego nadal o niej myślał sprawiając ból samemu sobie? Z każdym wspomnieniem z lekka zdeformowanym przez czas, jego blizna w okolicach serca dawała o sobie znać. Kochał i był zraniony. Nie tego oczekuje się od pierwszej miłości. Chce się, aby ona trwała, jak najdłużej. Ale to niemożliwe. Jest delikatna i kruchsza od płatków śniegu. Skoro ich nie da się uratować, pierwszej miłości też nie da się uchronić.
Mike usiadł obok Laury na ciemnoniebieskim kocu. Spojrzał na nią. Na głowie miała coś, co kiedyś przypominało koka. Kilka luźniejszych kosmyków zawisło naokoło jej twarzy. Michael nie lubił jej w takiej fryzurze; wolał jak miła rozpuszczone włosy, aby mógł od czasu do czasu pobawić się jej lokami.  
- Całowałaś się kiedyś? - Zdanie padło z szybkością wystrzelonego pocisku z karabinu maszynowego.
To pytanie brzmiało obco wyplute z ust Michaela, chłopka, który zawsze zbaczał z tych tematów, albo obracał w żart każdą wzmiankę o tym. 
- Nie – odpowiedziała.
Szybko, bez boleśnie, jak przy wyrwaniu zęba.
Mike zmarszczył brwi i przysunął się bliżej niej.
- Wiesz... chciałbym, by w chwili, gdy ktoś cię pocałuje, aby zrobił to z miłości.
Jego słowa zawisły na chwilę w powietrzu. Gęste, lśniące, niepowtarzalne. Na moment ich spojrzenia się przecięły. Jego zaskoczone tym, co przed chwilą uformowały jego usta, jej jakby... wdzięczne. Patrzyli przez chwilę na siebie, ona zaczerwieniła się. 



Nagle otworzyły się drzwi, burząc jednym podmuchem całą tą aurę. Michael i Laura odskoczyli od siebie, jakby byli właśnie przyłapani na gorącym uczynku. Do pokoju weszła Emily. Coraz rzadziej bawiła się lalkami Barbie, powoli z tego wyrastała, jednak miłość do słodyczy jej została. Zupełne przeciwieństwo Laury, ale tylko to psychiczne. Fizycznie były niemal identyczne. 
Stosunki sióstr ostatnio zaczynały się psuć coraz bardziej. Emily była małym, irytującym stworzeniem. Zaczynała denerwować Laurę. Tak samo jak Michaela. Ale on nie lubił jej od samego początku.
- Cześć – powiedziała dziewczynka.
- Cześć – mruknął Mike.
- Nauczyłabyś się wreszcie pukać? - upomniała ją ostro siostra, po czym dodała łagodniej – co chcesz?
- Umm... Myślałam, że to Brad.
Emily uwielbiała Brada, uważała, że jest najfajniejszym kolegą Laury. Zawsze można było z nim pożartować i się powygłupiać. 
Brad z reguły był dla wszystkich miły.



Piętnasty maja 2000 roku. 


Kolejna noc. Powieki stały się cięższe, ale jeszcze stały na baczność, pozwalając oczom wypatrywać czarnej tęsknoty. Księżyc już dawno poszedł, opuszczając ją w tym bezsensownym żalu. Jeszcze czekała, ale już nie pamiętała na co.
Kolejny już dzień położyła się po lewej stronie, zostawiając miejsce przy ścianie. Zimne, nie wygniecione, idealnie wygładzone miejsce obok zionęło pustką. Zupełnie, jakby znów miał się tutaj położyć i opowiadać. O wszystkim i o niczym. O tym, że już nie ma siły, ze wszystko przemija. Jakby zechciał znów pozwolić jej posłuchać głosu swojego serca.
Kiedy w końcu zasypiała, nie spała zbyt długo. Budził ją okropny dźwięk budzika, usuwając nocną marę na granicy jawy. Codziennie wstawała, robiła śniadanie i zostawiała herbatę na stole. A potem wypijała ją zimną, bo on znów nie wpadł do niej przed zajęciami. Czasami wracając z uczelni oglądała się opętańczo za siebie, z nieskrywaną nadzieją. Kolejny już raz zgubił się idąc w jej stronę, pomylił drogę. Nie podjechał rowerem i nie zadzwonił dzwonkiem, albo ewentualnie, gdy zarobił na benzynę, klaksonem.
Karmiła się beznadzieją tych wszystkich chwil, kiedy spędzali razem czas.
Taki właśnie wymiar miała jej tęsknota.
Nawet wyjścia z koleżankami nie pomagały.
Chłopaki wydali debiutancki album Hybryd Theory. Manager zaplanował im trasę koncertową po Ameryce, Secret Street Soldiers. Częściej pojawiali się w telewizji, udzielili wywiadów. Powoli zaczynali być rozpoznawalni na ulicach.
Laura teraz piła poranną kawę i paliła papierosa. Okropny zapach rozniósł się po kuchni, fruwając pod sufitem. Emily ciskała zniesmaczonym spojrzeniem w siostrę, ale nic się do niej nie odzywała. Już dawno ze sobą nie rozmawiały. Chodziła tylko od lodówki do telewizora w zwykły, sobotni poranek.
Przyzwyczajenie raczenia się rano smakiem kofeiny i nikotyny Laura przyjęła od Michaela. Dawno chciała z tym skończyć, bo wiedziała, że to niszczy jej organizm, ale nie potrafiła. Pierwsza używka pobudzała, a druga rozluźniała. W końcu dopiła do końca kawę i zgasiła peta.
Wstała wolno z krzesła i przeszła do przedpokoju, po drodze rzucając do Emily dwu słowną komendę, aby wyłączyła telewizor. Podeszła do telefonu, przez chwilę zastanawiając się, czy zadzwonić. W końcu jednak to uczyniła. Usłyszała dwa krótkie sygnały.
- Witam, tutaj prywatna sekretarka pana Shinody. Z kim mam przyjemność? - Laura usłyszała rozbawiony głos Chestera.
- Tutaj Laura Jones – odparła, podejmując tą śmieszną grę.
- Michaelu! - krzyknął Chester – twoja największa fanka do ciebie dzwoni! - po drugiej stronie dało się słyszeć rozbawiony rechot.
W słuchawce coś zaszeleściło.
- Halo? - Laura usłyszała głęboki głos Mike'a. Przyjemne ciepło rozlało się falą po jej wnętrzu, zalewając całe zimno tęsknoty.
- Cześć. Dzwonię, bo jestem ciekawa co u was słychać.
- Wszytko dobrze, tylko strasznie bolą mnie plecy od wnoszenia i znoszenia sprzętu. Warunki mamy lepsze, niż rok temu, ale jeszcze daleko do luksusów. A co tam u ciebie?
- Ostatnio strasznie cisną w szkole.
- Mogłabyś powtórzyć, coś przerwało...
- Mówię, że cisną nas w szkole.
- Nie dziw się, niedługo będziesz zdawać egzaminy. Wtedy to jest dopiero zapierdziel.
- Kiedy wracacie?
- Za dwa tygodnie. Ale potem znów wyruszamy w trasę. Jest ciężko, ale nikt nie narzeka. Przecież o tym marzyliśmy. To jest zajebiste. Na koncercie rzuciłem się na tłum.
- I co? Utrzymali cię? Ostatnio przytyłeś. - zachichotała
Mike zaśmiał się.
- Chłopaki pozdrawiają cię.
- Też ich ode mnie pozdrów... Wiesz, pusto tu jakoś bez ciebie.
Nie była pewna, czy to usłyszał, bo nagle zapadła głucha cisza. Po drugiej stronie Mike kilka razy powtórzył słowo: „Halo”, aż w końcu wzruszył ramionami i odłożył słuchawkę na widełki. Odwrócił się i rzucił na Dave'a, który zabrał mu ostatni kawałek pizzy.
Laura zaś ścisnęła mocniej słuchawkę, jakby wierzyła, że tym gestem on zmaterializuje się obok niej. Zawsze dzwoniła do niego co tydzień o tej samej porze, a on opowiadał o przygodach z dnia poprzedniego. Słuchała go z zaciekawieniem i nieskrywaną radością, lecz gdy odkładała słuchawkę, pustka nagle dawała o sobie znać. Laura dobrze wiedziała, że to nie odda go jej w całości, a tylko rozerwie dziurę w sercu.
W końcu szepnęła w nicość:
- Tęsknię za tobą. Bardzo tęsknię...
Jej chyba po prostu zależało bardziej.




Czwarty lipca 2000 roku.


Każde początki historii miłosnych potrzebują odpowiedniego miejsca i czasu. Przeciągłego spojrzenia, nikłych gestów, nieśmiałych uśmiechów. Romantycznego obrazka najlepiej ukoronowanego widokiem zachodzącego słońca.
A jak jest w rzeczywistości?
Czy mamy jeszcze na to wpływ?
Jesteśmy tylko cholerną zabawką losu, nikłą kroplą w rzece. Ile takich jak my, z tymi samymi marzeniami było przed nami? Kto jeszcze po nas zostanie? Tego nie wie nikt.
I oni też tego nie wiedzieli.


- Brad, po cholerę mnie tu zabrałeś? - zapytał lekko podminowany Rob.
- No... kogoś musiałem... Siostra by mi nie wybaczyła, gdybym się tu nie zjawił. Po za tym obiecałem jej, że przyjdę.
- Trzeba było powiedzieć, że jesteś zajęty.
- Trzeba było, trzeba było! - teraz i zawsze spokojnemu Bradfordowi udzieliła się nerwowa atmosfera - Obejrzymy jej występ i wrócimy do domu.
- Trzymam cię za słowo.
Właśnie przekroczyli próg Uniwersytetu Kalifornijskiego i przeszli w stronę stadionu futbolowego.
- Plus, że będą cheerleaderki - zaśmiał się Bourdon.
- Moja siostra jest cheerleaderką - rzucił ostro Delson
- Ach, no tak. - wydał nader inteligentną odpowiedź.
Weszli na trybuny i usiedli na plastikowych, nie wygodnych siedzeniach. Metalowa konstrukcja kiwała się niebezpiecznie. Ludzi przybywało, jakiś dzieciak z pierwszej klasy rozdawał batony i rękawiczki pomagające w kibicowaniu, za całe trzy dolary.
W jednym z nieoczekiwanych momentów, na horyzoncie pojawiła się siostra Brada o trzy lata od niego młodsza. Niska, piegowata dziewczyna z włosami upiętymi w kucyk. Miała podobne do niego rysy twarzy, tylko oczy inne - zielone. Szła w towarzystwie swojej koleżanki z jednego rocznika, ładnej, lecz pustej w sobie blondynki. Delson ciągle zastawiał się dlaczego się z nią kolegowała.
Podeszły do nich - siostra Brada raczej podskakiwała oraz próbowała się rozluźnić przed występem. Przywitała się z nimi. Jej koleżanka natomiast wydała z siebie nikłe „cześć” w stronę Brada, po czym przeniosła miodowe spojrzenie na Roba. Oczy powiększyły jej się momentalnie, a usta wygięły w grymasie zniesmaczenia.
- Och, to znowu ty. - mruknęła.

Gdzie podziewa się mój portfel?
Marilyn Jean Markley kolejny raz zadała sobie to pytanie, wywracając do góry nogami zawartość torby. Było w niej wszystko, gamma kolorów powalała, ale jak na złość, portfela nie było widać.
Przetrząsnęła jeszcze raz kieszenie od kurtki. W końcu go znalazła, lecz tylko musnęła palcami. Nie zdążyła go porządnie chwycić. Jakiś szesnastoletni gówniarz, który ledwo co dostał prawo jazdy, zatrąbił klaksonem od swej miernej furgonetki, sprawiając, że Marilyn się wystraszyła i podskoczyła do góry. Portfel wypadł jej z ręki.
Kucnęła szybko, by go podnieść, ale ktoś ją uprzedził.
No, pięknie, pomyślała.
Powoli przesunęła wzrokiem do góry, zapamiętując każdy szczegół. Brązowe trampki i ciemne jeansy. Czarny podkoszulek opinający umięśnione ramiona. Spojrzała wyżej, wprost na jego twarz. Ciemnobrązowe kosmyki opadały na czoło oraz na ciepłe, piwne oczy przypatrujące jej się z iskierkami rozbawienia. Dopiero po chwili zorientowała się, że chłopak wyciągnął w jej stronę dłoń z portfelem.
- Dzięki – mruknęła powoli i odebrała swoją własność.
- Nie ma sprawy – odpowiedział i uśmiechnął się szeroko. Miał melodyjny głos, który działał jak kocimiętka. – Nie widziałem cię tu wcześniej. Jestem Rob, a ty…?
- Niezainteresowana – powiedziała chłodno i podniosła, by jak najszybciej odejść. Za plecami słyszała jego śmiech. Na szczęście jej nie gonił i nie krzyczał za nią.


- Och, to musi być przeznaczenie – odpowiedział wesoło oraz melodyjnie, nie zbity z tropu.
- Raczej okrutny żart wszechświata – mruknęła pod nosem, ale na tyle głośno, by Rob dosłyszał i zrozumiał aluzję.
Niestety, chłopak wydawał się być tym w ogóle nieporuszony.
- Celna riposta, panno Niezainteresowana – rozciągnął wargi w uśmiechu. – Już dawno nie spotkałem żadnej dziewczyny, co miałaby pazurki i potrafiłaby ich użyć.
- Za to ja już dawno nie widziałam tak marnego sposobu na podryw – westchnęła udawanie, nim zdążyła się zastanowić. Właśnie dała się wciągnąć w tą głupią gierkę.
Szatyn, a co za tym idzie i reszta, ryknęli niekontrolowanym śmiechem.
- Serio, aż tak źle mi poszło? – zapytał. Marilyn posłała mu zirytowane spojrzenie spode łba. - Przynajmniej powiesz mi swoje imię?
Marilyn odrzuciła do tyłu swoje blond włosy.
- Słuchaj, um… – usilnie przypomniała sobie ich spotkanie sprzed tygodnia, starając przypomnieć jego imię. – …Rob...
- Ona ma na imię Marilyn! - nagle zakomunikowała siostra Brada. Blondynka odwróciła momentalnie głowę w jej stronę i posłała jej zabójcze spojrzenie, przed którym wszystkim miękły kolana, a idioci na szkolnym korytarzu przylegali do ściany. Marilyn była typową szkolną gwiazdą. Pozycja prowadzącej cheerleaderki umacniała jej status.
- Ładnie. - powiedział szczerze Rob.
Marilyn fuknęła pod nosem i usiadła obok Brada. Aby tylko nie zerknąć na Bourdona, który przyglądał jej się świdrującym wzrokiem, poprawiła swój kucyk. Siostra Delsona, już dawno zaczęła coś opowiadać bratu.
W tamtym momencie Bourdon nabrał pewności co do dwóch spraw: Marilyn bardzo go drażniła, ale gdyby mógł, zostałaby z nią na zawsze.


Jedenasty listopada 2000 roku.


I usiedli razem, jak za dawnych lat. Ona po turecku, on z podkurczoną jedną nogą. I chyba... chyba ona wreszcie była szczęśliwa. Tęsknota już nie pożerała swoją paszczą, jedynie została zadra w sercu. Malutka drobinka.
Lubiła patrzeć jak się śmiał, jak patrzył na nią tymi wesołymi, czekoladowymi oczami. Jak mówił jej, że było miło i lubił spędzać z nią czas. Lubiła po prostu to, że w danej chwili z nią był. Czasami łapała się na tym, że lubiła także przypatrywać mu się ukradkiem z przyjemnością.
Był bardzo przystojny. Jego, już trochę przy długie włosy, opadały niesfornie na czoło zasłaniając w połowie, owalne oczy w kolorze głębokiego brązu. Lekki zarost dodawał mu poważniejszego wyglądu. A gdy śmiał się szeroko, w kącikach tych pięknych oczu pojawiały się zmarszczki.
Opowiadał historię z podróży, uśmiechał się przelotnie i machał czasami rękami. Jego usta poruszały się szybko, formując potok słów. Laura chciałby schować ten widok do serca i zamknąć na złotą kłódkę, by zawsze były takie dni jak ten.
Stary odtwarzacz na kasety został zastąpiony na nową wieżę obsługującą płyty CD. I znów, tak jak kiedyś, w pokoju unosił się charakterystyczny głos Jamesa Hetfielda.
Laura niepewnie objęła Michaela za barki, bez krztyny egoizmu, zaciskając mocny krąg niczym żeglarski węzeł. Przerwał swoją opowieść i przymknął powieki, chociaż ona zapewne wolałaby rejestrować ich wyraz przy każdym słowie. Chciałby zapamiętać każdą nutę radości, zwątpienia, zszokowania czy wzruszenia wśród czarnej źrenicy. Jej zmysł powonienia podrażnił uwodzicielski zapach jego perfum. Już nie spryskiwał swojego ciała zwykłymi, tanimi wodami kolońskimi. Teraz pachniał inaczej, wielkim światem.
Zimnym nosem zabrała ciepło z jego rozgrzanej skóry, a on obrócił się, objął w pasie i zwinnym ruchem posadził sobie na kolanach. Głośny śmiech szatynki rozniósł się po pokoju, a był w tym momencie dla uszu Michaela delikatniejszy niż wszelka muzyka przygrywana na pianinie.
Uwielbiał te niebieskie oczy z szarymi obwódkami. To właśnie one czasem przypominały mu niebo albo morze, tak ciepłe jak wtedy na ich wspólnych wakacjach. Czasem, gdy pojawiało się w nich więcej szarości, buzował w nich mały sztorm i znikały te małe promyczki, ale Michael doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tak jak marynarz, że czasem może nadciągnąć burza. Zawsze po deszczu w końcu wychodzi słońce. O wiele bardziej wolał te słoneczne dni, nie musiał zakładać kaloszy.
I chyba zatracił się w nich o tę chwilę dłużej niż zawsze. Przełknął głośno ślinę czując nagle to, co ona czuła już dawno.
Coś jakby odżyło, poruszyło się w jego małym sercu, inaczej niż powinno. Czule otarł swój nos o jej i... i musnął jej wargi swoimi. Nie była to chwila na którą Laura mogła być przygotowana, szczególnie ze strony Mike'a. Nie spodziewała się tego, a gdy pierwsze otępienie minęło, nadal czując smak jego gorących ust, rozchyliła lekko swoje, czekając na muśnięcie, dotyk, pocałunek, cokolwiek.
Więc ją pocałował.
Niepewnie, jakby bojąc się tego, że nagle ucieknie, zmieni zdanie, a kiedy nabrał pewności, że ona tego jednak nie zrobi, przycisnął swoje wargi do jej.
Oscar Wilde kiedyś napisał: jeden pocałunek mężczyzny może złamać całe życie kobiety. Czy była to prawda? Cz tak też miało stać się i tym razem? W tym pełnym tęsknoty i łaknienia pocałunku przetykanym rozżaleniem? Czy i ta historia była spisana na straty?
Tego nie wiedział nikt.

Wiesz... chciałbym, by w chwili, gdy ktoś cię pocałuje, aby zrobił to z miłości...

7 komentarzy:

  1. Nic dodać nic ująć.
    Rozdział po prostu genialny. Podoba mi się.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana moja uwielbiam cię.
    Chyba to wiesz? Prawda?
    Cały rozdział był cudny.
    Początek i koniec podał mi się najbardziej.
    Tak na to czekałam.
    Emily i Laura - no cóż tak się zdarza.
    Robert się zakochał.
    Mimo że rozdział był świetny jedna rzecz mi przeszkadzało nic w rozdziale tylko w czcionce.
    Coś zrobilas i nie widać końcówek liter przy np "p,y"
    Nie wiem czy to był zabieg celowy czy nie ale okropnie źle mi się przez to czytało ten rozdział.
    Ściskam mocno

    Mika

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam, witam!
    Jeju, czemu jak czytam ostatnio opowiadania, to wszystkie muszą być takie piękne? Ogólnie do osób, które uwielbiają romantyczne chwilę, nie należę. Ale tutaj. O losie. Pod koniec rozpłynęłam się jak masełko na patelni (to porównanie xD).
    Mam nadzieję, że Robertowi się powiedzie i zdobędzie serce Marilyn, a Emily zacznie mień lepsze kontakty z Laurą. ;-;
    W sumie dziwnie się czytało z czarnym tłem, rozumiesz chyba, ale nie sprawiało mi to jakiś większych problemów z czytaniem, więc nie ma się co martwić.
    Ogólnie jeszcze wrócę do Shinody i Laury.
    ,,Zawsze po deszczu w końcu wychodzi słońce. O wiele bardziej wolał te słoneczne dni, nie musiał zakładać kaloszy''. - tak bardzo mój ulubiony fragment. Tak cudowny, tak piękny, że czytam go już ponad dziesiąty raz. <3
    No nic. Jestem zachwycona tym rozdziałem i zdecydowanie poproszę więcej, więc pisz mi szybko. <3
    Bywaj!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje mi się, że zabrakło uważnego, korektorskiego oka, które wyłapałoby parę nieładnie złożonych zdań. Poza tym jestem mile zaskoczona tym rozdziałem; mogłabym rzec, że parę sformułowań sprawiło, że poczułam się jak u siebie i z zadowoloną miną rozciągnęłam nogi na biurku. Fajnie. Widzę, że szukasz, że coś cały czas ci nie pasuje, że uzupełniasz i kolekcjonujesz. To mi się podoba, bo wiele blogów straszy zastojem. Pieprzonym grząźnięciem w tym samym miejscu, w marysuizmie, w dennych dialogach (cóż, nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że wśród klaczy z twojej stajni nie ma roztytej, wszystkim dobrze znanej, poczciwej Mary Sue o lśniącej od potu sierści i złotych kłosach siana ścielących się u jej nóg.) i zbyt szybko pędzącej akcji.
    Nie wiem, co będzie dalej z bohaterami. Z tego co pamiętam, ta historia nie będzie ciągnąć się w nieskończoność, więc ich losy mogą uciąć się szybko i -niestety także- banalnie, a wątków przybywa. Mamy już miłość Laury do Mike'a, miłość Mike'a do Anny, miłość Roba do Marilyn. Poza tym jeszcze rozwój kariery LP. Ciekawam, jak to rozwiążesz i czy zrobisz to przekonująco i solidnie. Trzymam za ciebie kciuki, bo masz niezły potencjał. Ta historia także. Informuj mnie o następnym- wbrew pozorom żyję i zaglądam na swojego bloga.

    Pozdrawiam, B.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku, wybacz. Zapomniałam, przyznaję się bez bicia, zapomniałam o komentarzu. Dlatego, że nie mam weny ostatnio na nic, komentarz będzie zwięzły, ale na temat. Uwielbiam twój sposób pisania, uwielbiam to opowiadanie, uwielbiam Mike'a, uwielbiam Laurę, uwielbiam wszystkich.
    Rany, tyle miłości wszędzie. Nie mam do tego szczęścia. Ostatnio miłość mnie prześladuje. ;-;
    To było takie apsndioasnd <3
    Nie będę dalej, bo naprawdę nie mam pomysłu co dalej, wybacz mi. ;-;
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  6. O jprld pocałował ją!!! Też mi się od razu przypomniały jego wcześniejsze słowa!
    AAAA!!!
    Mam nadzieję, że to się teraz jakoś rozwinie :-D
    O rany!
    MUSZĘ DO NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU!!!
    xxx

    OdpowiedzUsuń
  7. A więc.. czy Mike zrobił to z miłości?
    No ciekawie, ciekawie. Ogółem mi się podoba, choć denerwujące są te daty na początku bo nie pamiętam jakie wydarzenia kiedy się dzieją (nie mam tego poczucia czasu).
    Podoba mi się i czekam na więcej.
    Ps. Nie mam siły na lepszy komentarz.

    OdpowiedzUsuń

Komentarz to największa motywacja dla autora, nawet ten niepochlebny. Za wszystkie bardzo szczerze dziękuję.